wtorek, 1 listopada 2016

Layla i Mistrz



W dalekiej krainie żyła sobie młoda dziewczyna. Na imię miała Linda, lecz jej narzeczony nazywał ją Laylą, tak, jak po staroelficku mówi się na wschodzące słońce. Layla uwielbiała przydomek, który nadał jej ukochany, zwłaszcza gdy ten wypowiadał go swym ciepłym głosem. Sama nazywała go Mistrzem, bo uważała, że jest najlepszy w sztuce pisania wierszy oraz wywoływania jej uśmiechu. Oba te zagadnienia zawsze wypełniały umysł i serce chłopaka, stając się jego pasją.
Layla potrafiła szyć najpiękniejsze suknie. Sama królowa nieraz zlecała jej przygotowywanie dlań kreacji na rozmaite uroczystości, sowicie wynagradzając trudy dziewczyny. Ta zaś potrafiła szyć godzinami, rozmawiając z Mistrzem o sztuce tudzież słuchając, jak czyta na głos dzieła klasyków.
Pewnego razu Mistrz musiał wyjechać z królestwa na kilka dni, dowiedziawszy się o zachorowaniu wuja mieszkającego za murami. Layla bardzo chciała pojechać z ukochanym, zawsze w końcu podróżowali we dwoje. Tym razem jednak musiała zostać, albowiem w przeddzień królowa wezwała ją i rzekła do niej:
-        Złotoręka Lindo, w sobotę wydaje wielkie przyjęcie, albowiem w murach naszego królestwa gościć będzie hrabina von Rethier. Pragnę pokazać się nań w sukni, wywołującej podziw mężów i zazdrość dam. Najpiękniejszej, jaką możesz sobie wyobrazić.
Trzeba Wam wiedzieć, że miłościwie panująca była kobietą w sile wieku, bez reszty przejmującą się kwestiami swej urody, którą to ona sama zdecydowanie przeceniała. Mimo to Layla skłoniła się wtedy nisko, przyjmując zadanie. Tak więc gdy tylko Mistrz wyruszył w podróż, dziewczyna zabrała się do roboty. Trzy dni i trzy noce szyła, pochłonięta swą wizją. Czwartego dnia zaprezentowała królowej suknię czarniejszą od nocy, której wykończenia mieniły się krwistą czerwienią. Królowa przymierzyła odzienie i obejrzała się w lustrze, uśmiechając się zalotnie do swego odbicia. Pochwaliła Laylę, po czym odprawiła ją, zatracając się w samozachwycie.
Kolejnego dnia odbyło się przyjęcie. Było wystawne i uroczyste i Layla, mimo tęsknoty za ukochanym, bawiła się w najlepsze, pijąc wino i zbierając pochwały za kreacje królowej. Miała na sobie prostą, błękitną sukienkę, którą uszyła dla siebie przed laty.
Wszystko było dobrze, gdy nieoczekiwanie hrabina von Rethier podeszła do królowej i, miast pochwalić jej suknię, wskazała na Laylę i spytała kim jest owa dziewczyna, gdyż jej uroda oraz kreacja są tak piękne, że nie da się tego nie zauważyć.
Królowa poczerwieniała aż z zazdrości i zezłościła się tak, że w chwilę później kazała wyrzucić Laylę z przyjęcia, w szale zapewniając, że nigdy już nie będzie korzystać z jej usług. Nieraz bowiem w życiu bywa tak, że cierpimy za to, że postępujemy po prostu dobrze.
I tak Layla szła do domu, znacząc drogę z pałacu łzami, które to lały się z jej oczu. Smutek rozrywał jej serce, a na domiar złego wiedziała, że w domu nie zastanie Mistrza. Szła więc przez smutne ulice, pomiędzy szare budowle. Przechodziła pod drzewami rzucającymi mrok na posępne aleje. I szła tak, z każdym krokiem płacząc jeszcze rzewniej, nie spotykając na swej drodze nikogo.
W tym czasie Mistrz siedział u swego wuja. Dowiedział się, że biedak nie tylko nękany jest chorobą, ale nieszczęście dotknęło go także pod tym względem, że jego służka jego wykorzystała niedołężność starca i uciekła, nakradłszy jego złota. Mistrz postanowił zostać z wujem jakiś czas, dopóki ten nie wyzdrowieje lub dopóki nie znajdzie innej służącej.
Wieczorami, gdy wuj już spał, Mistrz przesiadywał na tarasie i patrzył w morze, pisząc poezję. Ten melancholijny widok, tęsknota za Laylą oraz chwila samotności natchnęły go tak bardzo, że napisał wiersz miłosny. Najpiękniejszy, jaki dotąd stworzył.
Postanowił uczynić ukochanej niespodziankę. Napisał więc w liście o tym, iż jego pobyt u wuja się przedłuży, ale załączył do listu kartkę ze swym wierszem i wysłał gołębiem pocztowym.
Gdy Layla tak szła, szlochając, nadleciał gołąb z listem. Po pierwszych słowach dziewczyna zasmuciła się jeszcze bardziej, dowiadując się, że jej ukochany przybędzie jeszcze później. Następnie jednak przyszła kolej na wiersz.
A wiersz był tak wzruszający, że łzy rozpaczy przemieniły się w łzy radości. Miast szarych budynków dookoła Layli wykwitły przytulne domy. Posępne uliczki zamieniły się w jej oczach w bezpieczne drogi do domu. Mroczne posiadłości ustąpiły miejsca kolorowym domostwom.
Bo nieraz nie doceniamy mocy, jakie mają wiersze. Wiele tracą ci, co widzą w nich tylko słowa. Wiersze bowiem mogą być czynami.
Layla dotarła do domu, zapominając o smutkach. Po kilku dniach Mistrz wrócił z wieścią o wyzdrowieniu wuja. Dziewczyna ucałowała go, po czym podała mu wystawny obiad. Gdy jedli, dziękowała za wiersz i chwaliła go.
-        Stworzyłem wtedy coś dużo piękniejszego od wiersza – powiedział jej. 
-        Co takiego? – spytała.
-        Twój uśmiech – rzekł, jakby było to oczywiste.
Bo była to prawda. Oboje dbali zawsze wzajemnie o swe szczęście, które samo w sobie stanowiło nagrodę. I tak żyli długo i szczęśliwie.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz