czwartek, 3 listopada 2016

Człowiek, który nie rzucał cienia



Opowiadanie zostało opublikowane i oprawione graficznie na stronie spidersweb.com, co można zobaczyć tutaj. Publikując je dziś w tym miejscu zauważyłem, że na SpidersWebie wisi od ponad roku z uciętą końcówką...

Tutaj jest kompletne. Zapraszam:)
_______________________________________________________________________________

Ze słodkiego snu o bezkresie radości wyrwało mnie nic innego, jak poranne warczenie budzika. Fala rzeczywistości zalała mój umysł. Pokój, bajzel, za oknem wstaje nowy dzień. Zapowiada się na dość ładny. Usiadłem na łóżku i przeciągnąłem się, a mój kręgosłup wydał odgłos łamiącego się kręgosłupa. Tak, jestem poetą, ale o szóstej dwadzieścia, przed poranną kawą i papieroskiem jest to najlepsze porównanie, na jakie mnie stać.
Wstałem. Wpadające do pokoju światło zwiastowało ciepły dzień. Odwróciłem się, jakby w nadziei, że mój cień tam będzie. Nic z tego.
Chyba należy się Wam słowo wstępu. Nazywam się Dominik. To, że nie mam cienia zdecydowanie nie należy do pierwszych rzeczy, jakie chciałbym Wam o sobie powiedzieć. Definitywnie wolałbym zacząć od jakiegoś „Jestem amatorem poezji, co pozwala mi cieszyć się pięknem błahostek, ale jestem też zwykłym, poszukującym szczęścia w życiu człowiekiem”, albo chociaż od prostego „Mam osiemnaście lat i w tym roku zdaję maturę”. Ale nie. Coś sprawia, że muszę zacząć od tego jakże nieistotnego faktu, że nie posiadam cienia. Może to dlatego, iż jest to właściwie jedyna cecha, która wyróżnia mnie spośród innych ludzi. Nie wiem. Nie wiem, ale po prostu nie umiem inaczej. A więc jeszcze raz: Witajcie, nazywam się Dominik i nie rzucam cienia.
Sennym krokiem poczłapałem do toalety. Przejrzałem się, by po raz kolejny utwierdzić się w przekonaniu, że nie warto się golić. Słyszałem już opinię, że w krótszych włosach i gładko ogolony wyglądam lepiej, a teraz prezentuję się ,,jak filozof”. I to miała być wada. Ja tam chcę wyglądać jak filozof. Choć dziś był to zmęczony filozof.
Przetarłem oczy. Cóż, lubię czytać do późna. Nieraz nawet do rana. Czasem naprawdę czytam – a czytam wszystko, od klasyki ze wszystkich stron świata – Poe, Nietzsche, Wells, Cummings, Williams, Tolkien – po nowoczesną fantastykę jak Watts, Liu, Kosmatka czy Sapkowski. Czasem przeglądam głupoty w necie, muszę przyznać. Nie inspiruję motta życiowego Kwejkiem, nie rozczulam się nad Demotywatorami, że o pornosach nie wspomnę, ale każdy nastolatek czasem zgubi się tak, że cały jego świat ograniczony będzie na chwilę przedrostkiem ,,www”. Wstyd przyznać, ale właśnie to zdarzyło mi się ostatniej nocy. Czasem też zdarza mi się leżeć i rozmyślać nad życiem, przyszłością i nad brakiem tego cholernego cienia, którego jak nie było tak nie ma.
,,Ale jak to możliwe?” – spyta pewnie większość z Was. No właśnie. Rzecz w tym, że sam chciałbym to wiedzieć. Pierwszy raz zauważyłem moją przypadłość w wieku około czterech lat. Mały Dominiś szedł za rączkę z mamusią. Ciekawy świata spojrzał na cień, jaki rzucali, a tam tylko mamusia. Nie pamiętam, co odpowiedziała mi, gdy spytałem „Dlaczego?”, ale z całą pewnością mogę rzec, że może tamta odpowiedź usatysfakcjonowała czterolatka, ale mi nie starczy.
Gdy w końcu załatwiłem co miałem załatwić, ubrałem jeansy i czarną koszulkę. Rzuciłem jeszcze okiem na pokój, obiecując sobie, że kiedyś posprzątam, po czym wyszedłem i ruszyłem w stronę kuchni.
-        Cześć Dominik. – usłyszałem przyjazny głos mamy, która krzątała się w kuchni, ubrana jeszcze w szlafrok. Zawsze wychodziła później ode mnie. Miała bliżej do pracy niż ja do szkoły, a i tak jeździła autem. Podziwiałem, że chce się jej wstawać. Ja tam spałbym pewnie do oporu.
-        Cześć – odpowiedziałem ochrypłym głosem. Odchrząknąłem.
-        Zrobiłam ci śniadanie – powiedziała, skinając na torbę śniadaniową i stojący obok termos.
-        Dziękuję. – Uśmiechnąłem się. Wpakowałem kanapki do plecaka, a termos otworzyłem i łapczywie pociągnąłem łyka. Kawa nie była mocna, ale dobra. Jak zawsze.
Ubrałem czarne trampki i kurtkę skórzaną. Pożegnałem mamę, po czym wyszedłem. Windą dostałem się na dół. Wyszedłem z mieszkania i sięgnąłem do wewnętrznej kieszeni kurtki. Uśmiechnąłem się na samą myśl. Z paczki PallMalli wydobyłem jednego, włożyłem go do ust i z radością zapaliłem. Zbawienny rakotwórczy dym wypełnił moje płuca.
Odsunąłem włosy i włożyłem do uszu słuchawki, by zespół Gorillaz towarzyszył mi w drodze do przystanku. Miałem nadzieję na dobry dzień. Promienie słońca było czuć coraz to dotkliwiej. Mojego cienia nie było. Nigdy go nie było.
Jednak jest to bardzo uciążliwe w życiu. Większość znajomych w ogóle o tym nie wie, a Ci, którzy wiedzą, przywykli. Oczywiście, zawsze gdy ktoś to zauważy, musi powiedzieć: ,,Ej, Dom, co z twoim cieniem!?”. Jednak działa to podobnie jak gdy dzieci w podstawówce odkryją, że kolega dłubie w nosie. Robi się z tego wielkie halo, a po chwili wszyscy o tym zapominają. Zresztą pokażę wam
W autobusie wyjąłem sfatygowany tomik Poezje Wybrane Baczyńskiego. Jako poeta usiłuje nie ograniczać się jednym stylem. Zwłaszcza, że romantyczny kunszt Mickiewicza przemawia do mnie w tym samym stopniu, co szaleństwo Ginsberga. Mógłbym mówić o tym godzinami, ale kto dziś chciałby słuchać o poezji? Zwłaszcza, że większość ,,piszących nastolatków” to te trzynastoletnie emo, które piszą o tym jakie to życie jest trudne. Bo co dzień winniśmy się upijać, mając wyjebane ponad wszystko.
Pewnie spytacie o czym wobec tego ja piszę. Cóż, piszę o miłości, nic oryginalnego. No i o swoim cieniu. Obsesja? Może, choć bardziej symbolika.
Wszedłem do szkoły chwilę po wpół do ósmej. Nasza placówka nie była duża. Mieściło się w niej samo liceum. Mieliśmy dwa piętra do swej dyspozycji, a także niewielkie boisko do nogi i do kosza. Nie jestem bardzo wysoki, ale w kosza pograć lubię. Nie tylko po o, by złamać stereotyp siedzącego trybu życia pisarza. Po prostu lubię pograć, nie we wszystkim musi być drugie dno.
Rzuciłem torbę w kąt obok sali i usiadłem pod ścianą, na której wisiały różne papierki, wedle których nasza szkoła była naprawdę dobra. Czasem zastanawiało mnie – po co to? Ludzi z zewnątrz można jeszcze na to nabrać, ale przecież nie nas.
Ludzie zbierali się powoli, witając się ze mną i wymieniając grzecznościowe ,,Coś się chyba nie wyspałeś”, ,,Było coś na matmę?” albo ,,Daj łyka kawy”.
Artur rozpiął ostatni guzik flanelowej koszuli w kratę i usiadł koło mnie. Chyba nikt prócz niego nie mógłby być tak chudy, by zmieścić się między mną a drzwiami z klasy.
-        Jak tam? – spytał, ściskając moją dłoń. Tradycyjna nieobecność w jego spojrzeniu spotęgowana była dzisiaj niewyspaniem. Nie czekając na odpowiedź chwycił mój termos i pociągnął dużego łyka kawy.
-        Ok – odpowiedziałem krótko.
-        W ogóle, stary – zaczął, sięgając do plecaka. Wydobył z niego swego porysowanego tableta – patrz co wymyśliłem! – Wyświetlił mi przed oczami projekt czegoś, co jak dla mnie budziło skojarzenia z twórczością Picassa.
-        Co to? – spytałem.
-        Popatrz, taki system, który podgrzewa ostrze noża – powiedział. – Pomyśl, jak łatwo by się tym rozsmarowywało masło!
Skinąłem głową z uznaniem mimo, że Art przynosił kilka takich pomysłów tygodniowo. Czasem nawet coś z tego postarał się zrobić. Chętnie go słuchałem, ale nie rozumiałem sensu tego wszystkiego. Cóż, problem w tym, że Art był człowiekiem, dla którego wszystko co można udowodnić naukowo stanowiło prawdę absolutną. Reszta – bezsens. Na przykład moja poezja.
Oczywiście, nie przeszkadzało nam to być przyjaciółmi.
Na matmie panowała nudna atmosfera. Nauczyciel coś tam pisał, kilku pilnych z nadzieją na wyniesienie czegoś nowego robiło nawet notatki, a reszta zajęta była swoimi sprawami. Art przeglądał głupoty w Internecie, a ja wertowałem Baczyńskiego, spoglądając na zegar niecierpliwie.
-        Jak tam z Marti? – spytał mnie Art na przerwie, gdy staliśmy w zatłoczonym korytarzu, a każdy usiłował znaleźć miejsce siedzące dla siebie i swych rozmówców.
No tak, Marti. W sensie – Martyna. Czuję, że między tą dziewczyną a mną coś się zaczyna dziać. Czasem tonę w zagadkowej zieleni jej oczu… Chodzi do trzeciej b. Ostatnio udaje mi się częściej z nią rozmawiać. Muszę przyznać – tym, co pociąga mnie w niej najbardziej, jest zagadkowość. I tego właśnie Artur nie umiał zrozumieć.
Sam nigdy nie uważałem się za zagadkowego. Odruchowo mój styl bycia każe mi trochę takiego z siebie robić, wiecie, wygląd filozofa, te sprawy. Ale nie używam tekstów typu ,,gdybyś przeszedł to co ja…”, ,,nie zrozumiesz mnie…”. Ale teraz nie o mnie.
Stałem tak na szkolnym korytarzu, czując, że należę do tego miejsca, a ono należy do mnie. Przywykłem przez te lata do tej szkoły. Stałem i myślałem o zieleni oczu Marti, o jej dojrzałym, pięknym uśmiechu.
-        Pisałem z nią wczoraj – odpowiedziałem – Myślę, że się jej spodobałem.
-        Dobrze – odparł zdawkowo. Nie, żeby go to nie obchodziło. Po prostu to był początek mojej relacji z Marti i totalnie nie było wiadomo jak się to rozwinie, a Art dobrze o tym wiedział. Poza tym pewnie rzucicie się na mnie po tym, co teraz powiem, wrzeszcząc ,,to nieprawda!” i ,,To nie ma wpływu!” i inne tego typu rzeczy, ale naukowe podejście do świata utrudniało moim zdaniem Arturowi miłosne relacje z kobietami. Nie znał się, więc nie mówił o tym za dużo, po prostu. Czasem lubił pożartować z mojej romantyczności, ale oboje wiedzieliśmy, ile dzięki niej zyskałem.
Dzień w szkole mijał na takich właśnie krótkich rozmowach, z których wynikało niewiele i na lekcjach, z których to wynikało jeszcze mniej. Nie narzekam, po prostu jestem zmęczony. Ale kiedy wyszedłem z klasy po ostatniej lekcji i wziąłem głęboki oddech, pierwszy oddech tej lepszej części dnia, od razu Art podszedł do mnie z Pawłem i Olą.
-        Idziemy na miasto – poinformował. – Zabierzesz się?
-        Jasne – odpowiedziałem. Sam chciałem im to zaproponować.
-        Ej, Dom, co miałeś z ostatniego testu z matmy? – spytał Paweł, ubierając skurzaną kurtkę. – Bo rozumiem, że też mieliście ostatni z tych wszystkich twierdzeń sinusów i innych?
-        Tia. Trzy – odparłem.
-        Tak jak ja – stwierdziła Ola, przybijając mi piątkę. Kobiety takie jak ona były powodem mojego braku poparcia dla romantyzmu jako kultury. Przecież jeszcze dwieście lat temu uznawano kobiety za po prostu gorsze. Słowacki i Mickiewicz mówili o ich wspaniałości, jako wenie dla nich – wspaniałych poetów. Wszystko sprowadza się do tego, że uwielbiam dwudziesty pierwszy wiek, bo mogę mieć ziomkowe relacje z dziewczyną i jestem z tego strasznie zadowolony.
Do tego Ola była takim typem osoby. Ubierała się po męsku, zachowania też nie miała stereotypowo kobiecego, co nie umniejszało jej urody.
-        A Ty? – spytałem.
-        Pytasz, a wiesz – westchnął Paweł. – To co, idziemy?
-        Idziemy – stwierdził Art.
I poszliśmy.
Nie mieliśmy planu, jak zwykle zresztą. Przebyliśmy te kilka przystanków dzielących nas od centrum miasta, rozmawiając po drodze o szkole i o życiu. Po dotarciu na miejsce poszliśmy do galerii handlowej zaraz obok przystanku, by wziąć kawę na wynos, po czym usiedliśmy z nią na placu. Było całkiem zimno, więc siedzieliśmy tak, ze złączonymi nogami, ręce przy sobie, kawa w obu rękach i papieros między palcami. Patrzyliśmy na nieschowaną dotąd ogromną, sztuczną choinkę i popijaliśmy kawę.
-        Od tak dawna mówią nam jaka to matura jest ważna – zaczęła otulona grubą bluzą Ola, zaparzona w tłum przechodzących ludzi. - ,,Egzamin dojrzałości”, te sprawy… Ale przecież teraz wszyscy ją zdają. I wszyscy idą na studia. I to naprawdę nie czyni nas kimś.
-        Fakt. To dość oczywiste – Paweł odgarnął sięgające ramion czarne włosy i zaciągnął się.
Placem przechodziło dużo ludzi. Dzień był zimny, ale słoneczny i przyjemny.
-        Dlaczego wobec tego spędzamy tyle czasu, by się do niej przygotować? – Ola skiepnęła papierosa i odwróciła się do niego.
-        Bo musimy – wtrącił się Artur. – Macie racje, matura ani nawet studia magisterskie nic nam nie dadzą. Ale są potrzebne. Po prostu konieczne jest coś więcej do osiągnięcia sukcesu.
-        Nie sądzę. To raczej to jacy jesteśmy, to czym się interesujemy i to, jak dobrzy jesteśmy ma wpływ na nasze przyszłe życie. Przynajmniej tak myślę.
-        I szczęście – dodał Paweł gasząc szluga przy koszu na śmieci. – Nie oszukujmy się.
-        A to też prawda – odezwałem się w końcu. – Ale i o to trzeba zadbać. W sensie, trzeba próbować, żeby się udało. Nie zawsze można zwalić na brak szczęścia. W równym stopniu trzeba szlifować samą umiejętność i próbować się pokazywać, realizować.
I zapadła chwila milczenia, wypełniona warczeniem silnika przejeżdżającej furgonetki.
-        Muszę powiedzieć, że czasem zazdroszczę tym prostym ludziom. Tym bez pasji, którym starczy zwykła posadka z cyklu ,,siedzenie za biurkiem” zaraz po skończonych studiach – powiedział w końcu Paweł, patrząc za odjeżdżającym autem. – Oni są po prostu szczęśliwsi.
-        No nie wiem. Co, jeśli nam wyjdzie? – Dokończyłem papierosa.
-        No byłoby zajebiście – przyznał.
Tak to właśnie wyglądało. Czasem szwendanie się i rozmowy, w których tematy wyniosłe mieszały się z przyziemnymi stanowiło nasze najlepsze zajęcie. Chodziliśmy ruchliwymi ulicami, siadaliśmy na ławkach, paliliśmy papierosy i zastanawialiśmy się, co odróżnia nas od tych wszystkich ludzi, którzy nas mijają. Prowadziliśmy typowe, nastoletnie, pseudo-beztroskie życie. Każdy z nas był małym człowieczkiem o wielkich planach, tylko nikt nie potrafił powiedzieć tego na głos. Art chciał robić wielkie rzeczy, które ułatwiałyby ludziom życie i stać się kimś w rodzaju drugiego Steve’a Jobsa. Paweł marzył o staniu się gwiazdą rocka i wyciskaniu wspaniałych, gitarowych solówek na wielkiej scenie. Ola także chciała władać sceną i tańczyć w teledyskach słynnych muzyków, a ja… Ja chciałem być Poetą. Takim, jak Baczyński – legendarnym. Tymczasem Art budował nikomu nie przydatne, niedziałające badziewia, Paweł grywał z kumplami i hucznie nazywali to zespołem, Ola po prostu chodziła do szkoły tańca i ćwiczyła z trochę z koleżankami, a ja pisałem do szuflady. I każdy z nas wielce celebrował każdy drobny sukces, jak wymyślenie czegoś, co działa, drobny koncert, pokaz czy pochwała wiersza, traktując to jako krok w stronę przyszłej kariery. Cóż, tacy byliśmy. A ja nie miałem cienia. Nie wiem czemu, ale miałem wrażenie, że to najbardziej przeszkadza mi w zastaniu Poetą.
W końcu pożegnaliśmy się wszyscy. Paweł i Artur udali się w swoją stronę, bo mieszkali blisko siebie, a ja odprowadziłem jeszcze Olę (mieszkanie w centrum miało swoje plusy) i ruszyłem w drogę powrotną do domu.
W autobusie słuchałem zespołów rockowych, które ostatnio polecił mi Paweł, wyobrażając sobie go grającego je na scenie. Patrzyłem przez okno, na okolice, by uniknąć spojrzeń reszty pasażerów.
Autobus to ciekawe miejsce. Wchodząc do niego chcąc nie chcąc staniesz się fragmentem tej szarej masy, częścią bezmyślnej, bezczynnej grupy. Będziesz patrzeć na te smutne twarze myśląc, że nie stoi za nimi żadna osobowość, a ty jesteś inny, prawdziwy. I ci ludzie będą patrzeć na ciebie w ten sam sposób.
W sumie każdy z nas jest trochę człowiekiem z autobusu.
Wysiadając z pojazdu na nowo poczułem się sobą – osobowością, jednostką myślącą. Z ciężkim brzmieniem dwóch gitar i wokalem wyższym niż falset kastrata w słuchawkach ruszyłem do domu. Zaczynało robić się ciemno.
Po chwili dotarłem na miejsce. Pojechałem ciasną windą na szóste piętro i ruszyłem do mieszkania.
Rodzice byli w salonie. Mama czytała jakąś babską gazetę przy stole, a ojciec oglądał wiadomości w telewizji, paląc przy tym papierosa.
-        Cześć – rzuciłem na przywitanie.
-        Cześć – odpowiedziała mama.
-        Cześć. Dominik, jak już jesteś, to podaj mi colę z lodówki – powiedział tata, nie odrywając wzroku od ekranu. Mówili, że przypominam go z charakteru. Westchnąłem, patrząc, na dwie opróżnione już puszki stojące na stole.
Wyciągnąłem napój z lodówki, biorąc też jeden dla siebie. Podałem mu.
-        Dzięki – zaciągnął się. – A, właśnie, byłem w twoim pokoju.
-        Mhm – odparłem, wiedząc, jaki będzie ciąg dalszy.
-        Posprzątaj – powiedział tylko, a ja skinąłem, ciesząc się w duchu, że nie miał ochoty na dłuższą przemowę, która tak go wciągnie, że z mojego bałaganu przejdzie do tego, dlaczego skończę na ulicy.
Warto wspomnieć, że jednym z tych powodów było to, że ,,piszę jakieś historyjki” zamiast więcej się uczyć.
Zawsze zastanawiałem się, czy mój brak cienia nie mógł być odziedziczony. Matka i ociec mieli cienie. Jednak specjalnie zawsze poznając jakichś dalekich wujków czy ciotki zwracałem na to uwagę, zawsze dochodząc do jednego wniosku – to ze mną jest coś nie tak.
Poszedłem do pokoju. Rzeczywiście, niedługo trzeba będzie tu trochę ogarnąć.
Zdjąłem koszulkę i rzuciłem się na łóżko. Spadła z niego paczka chipsów, które rozsypały się po ziemi. Rzeczywiście jest tu lekki chlew. Jednak zawsze na głos wolałem mówić, że po prostu mam wiele rzeczy na wierzchu.
Wziąłem z biurka swój zeszyt i ołówek. Puściłem cicho Vivaldiego (muzyka klasyczna zawsze pomagała mi się koncentrować). Miałem ochotę przelać na papier to, co czułem. Najpierw jednak musiałem zapytać samego siebie co tak naprawdę czułem. Co czułem? Połowiczność, cząstkowość… Czułem, że życie mi nie wystarczy, że czegoś mi brakuje. Że jestem niekompletny…
Przetarłem oczy i zobaczyłem słowo ,,Cień” napisane koślawo na papierze. Musiałem to zrobić podświadomie.
Tak właśnie wyglądało moje życie. Trudno mi powiedzieć, czy brakowało mi cienia, czy też logiki – no bo niby dlaczego cokolwiek może ot tak nie rzucać cienia? Tak, definitywnie brakowało mi  p r z y c z y n y. Jednak nie mogłem narzekać na moje życie. Nie było ono złe.
Co jeszcze chodziło mi po głowie? Marti. Nie ukrywam, że często o niej myślałem. Bardzo chciałem bliżej ją poznać. Czy naprawdę jest tak wspaniała, jak się wydaje? Ta niepewność przyciągała sama w sobie.
-        Dawno nie widziałam cię tak szczęśliwego – usłyszałem od Oli w dniu, w którym umówiłem się z Marti. Siedziałem w tedy pod ścianą obok klasy, w której miałem mieć fizykę. Cóż, nic dziwnego, że wyglądałem na zadowolonego. Jeszcze jedna lekcja i spełnią się moje marzenia.
-        Jestem szczęśliwy – wyznałem jej.
Ola była jedną z najsympatyczniejszych dziewczyn jakie znałem. Otwarta i wygadana. Jej urodę podkreślał luźny styl – męskie bluzy i dresy. Nigdy nie przesadzała z makijażem ani nie farbowała jasnych blond włosów.
Usiadła obok mnie, po męsku, co z jej dziewczęcymi rysami zawsze wyglądało po prostu uroczo. Nikt nie zwracał na nas uwagi pośród tętniącego życiem korytarza szkolnego, gdzie każdy zajmował się swoimi sprawami.
-        Jesteś zakochany – powiedziała bardziej niż spytała.
-        Niewykluczone. – Uśmiechnąłem się.
-        To bardzo dobry stan. Niebezpieczny, ale wspaniały.
-        Widzę – spojrzałem na Olę znacząco – że nie ma nikogo, kto by nie wiedział, że się z nią umówiłem?
Wiecie, Ola nie była pierwszą osobą, która ze mną o tym rozmawiała. Właściwie większość moich rozmów od rana skupiała się na temacie Marti i naszej randki.
-        Trudno się dziwić, cała szkoła was swata – odparła Ola.
-        Czyżby czasem większość miewała rację? – spytałem, patrząc na tą bezmyślną, szarą masę, wlokącą się bez sensu po korytarzu.
-        Hah, zdarza się.
I zadzwonił dzwonek.
Na fizyce nie mogłem się skupić (jakbym kiedykolwiek mógł). Naprawdę cieszyłem się na myśl o nadchodzącym spotkaniu i już w głowie układałem scenariusze wydarzeń, te bardziej i mniej prawdopodobne.
Marti często była smutna. Jej humor nagle poprawiał się, gdy pojawiałem się ja. Lubiłem mieć taki wpływ na ludzi.
Siedziałem więc, patrząc tępo na tablicę. Siedzący obok mnie Art przenosił co chwila wzrok z niej na swój tablet.
-        Wiesz, że odkryto wzór na miłość? – zagadnął, nie odrywając wzroku od tabletu.
-        Co? – spytałem, niezbyt zaskoczony. To był bardzo arturowy tekst.
-        C6H5-NH-C2H5 – przeczytał tamten uważnie.
-        Samego wzoru nie pamiętałem, ale już dawno słyszałem, że chemicy odkryli coś takiego – powiedziałem zgodnie z prawdą. – Pytanie tylko: co to zmienia?
Chciał chyba coś odpowiedzieć, ale nauczycielka zwróciła nam uwagę i trzeba było się zamknąć. W końcu lekcja skończyła się, ale Art nie wracał już do tamtego tematu. Dla niego był to chwilowy napływ wiedzy, którym musiał się podzielić.
-        To ja spadam – powiedziałem, zarzucając plecak na ramię – podbijać świat.
-        Powodzenia stary. – Uśmiechnął się, a ja podziękowałem i ruszyłem w stronę wyjścia.
Czekała na mnie przed szkołą. Jej czarne loki opadały na ramiona. Patrzyła na mnie niewinnie, otulając się zielonym płaszczem. Ale ten płaszcz nie był tak zielony jak jej oczy. On był jak las po deszczu – ostro zielony lecz bez połysku. Poza swoistą zielenią, odwiecznym symbolem niewiedzy, nic w nim nie było. Oczy zaś miały głębię. Ich zieleń stanowiła oksymoron sam w sobie, bo gdyby znalazł się ktoś, kto zamiast na oczy umiałby spojrzeć w oczy, ujrzałby bogactwo jej wyobraźni oraz doświadczenie – te piękne oczka niejedno już widziały. A ja widziałem w nich… Kurwa, znowu to robię. Przepraszam. Pamiętajcie, że macie do czynienia z poetą. My musimy się nieźle wysilić, by opisać coś normalnie.
Tak. Czekała na mnie pod szkołą. Było zimnawo, ale słońce świeciło wysoko na niebie, sprzyjając początkowi czegoś pięknego. Uśmiechnęła się na mój widok. Nie czekając na nic ruszyliśmy w stronę parku. Już wcześniej umówiliśmy się, że tam właśnie pójdziemy.
Po drodze rozmawialiśmy na tematy ograniczające się do tego, co działo się danego dnia w szkole. Bardzo lubiłem jej słuchać. Miała głęboki, kobiecy, miły głos. Choćby miało się odmienne zdanie, słysząc sposób w jaki Marti mówi, czuło się potrzebę zgodzenia się z nią. Ceniło się też jej słowa. Często ceni się słowa tego, kto mówi rzadko.
-        Jakie masz plany? – spytałem, gdy dochodziliśmy już do parku. – W sensie, co będziesz robić po maturze?
-        Medycyna – odpowiedziała rzeczowo. W sumie trudno się dziwić. – Myślę nad Krakowem. Ciekawe miejsce, a nie tak daleko.
-        A nie ciągnie cię dalej? Za granicę? – Zdziwiłem się.
Weszliśmy do niewielkiego parku. Wśród drzew od razu zrobiło się raźniej. Miejski klimat ustąpił zieleni, niemal tak pięknej jak zieleń jej oczu. Gdzieniegdzie poustawiane były ławki, gdzieś dalej dało się zobaczyć plac zabaw. Nie było jeszcze najcieplej, więc niemal wszystkie ławki były wolne. Brak ludzi wokoło sprawił, że czułem między nami jeszcze większe napięcie.
-        Oczywiście, że ciągnie – odpowiedziała. – Ale nie aż tak, bym porzuciła to wszystko, co mam tutaj.
Co miała tutaj? Oczywistości – rodzinę, przyjaciół. Jednak ja chciałem wiedzieć o niej więcej.
-        Usiądziemy? – zaproponowałem, gdy przechodziliśmy obok jednej z ławek. Skinęła.
Usiedliśmy. Siedzieliśmy tak i mówiliśmy o rzeczach przyziemnych i nieważnych. Rozkoszowałem się tymi chwilami. Niemal sami w parku, słońce grzeje coraz bardziej, ale dalej jest na tyle zimno, byśmy siedli obok siebie, stykając się i czerpiąc z tego podwójną przyjemność. Słuchałem jej, a ona mnie. I było pięknie.
Starałem się skłonić ją, by mówiła więcej o sobie, ale jakoś nie chciała się w to wciągnąć. Lubiła za to słuchać, więc mówiłem. Trochę o sobie, o marzeniach, o przyszłości, o tym, co cenię w ludziach… I znów, jak to w całym moim życiu, i całej egzystencji człowieczej, to, co wyniosłe mieszało się z tym, co proste i przyziemne.
Zdarzało się, że stykały się nasze spojrzenia. Rzeka błękitu wlewała się w ocean zieleni. Tonąłem w jej oczach, mając nieodparte wrażenie wzajemności tego uczucia.
-        Marti? – spytałem, nie mogąc wytrzymać tego napięcia.
-        Tak?
-        Co cenisz w ludziach?
-        Hmmm… – zamyśliła się, jakby wcale nie zdziwiło ją to pytanie. – Prawdziwość, a zarazem odmienność od  innych, od tego, co sam nazywasz szarą masą. I umiejętności. Te wyrobione ciężką pracą… A ty? – dodała po chwili.
Uśmiechnąłem się.
-        Dokładnie to samo – powiedziałem zgodnie z prawdą.
I znów spotkały się nasze spojrzenia. Zbliżyliśmy się do siebie. Cały drżałem, czując jej ciepły oddech. Zamknąłem oczy, patrząc, jak podnosi dłoń, by dotknąć mojego policzka.
Poczułem jej zimne palce na twarzy. Sam byłem gorący od patrzenia w jej oczy. Ona też patrzyła w moje.
Nagle spojrzała gdzieś za mnie.
-        Nie rzucasz cienia – powiedziała nagle, zatrzymując się.
,,A nie mówiłem!” – Uśmiechnęła się moja podświadomość, a ja starałem się wciąż mieć grobową minę.
-        To prawda – powiedziałem, siadając i opierając łokcie o kolana.
-        Ale… Jak to możliwe…? – spytała zmieszana.
-        Sam nie wiem – mówiłem szczerze, wstając. – Spokojnie, nie jestem żadnym wampirem ani niczym tego typu. Jestem po prostu człowiekiem, który nie rzuca cienia.
-        Jakim cudem? – Ona także wstała, przyglądając się temu paranormalnemu zjawisku. – Jakim?
Wzruszyłem ramionami. Rozejrzałem się. Jedynymi widocznymi ludźmi w parku była zajęta sobą para, trochę starsza od nas, na ławce nieopodal oraz kobieta pilnująca dzieci na placu zabaw. Nikt nie zwracał na nas uwagi.
-        Nie zawsze jesteśmy w stanie wyjaśnić logicznie wszystkie swoje cechy – powiedziałem.
-        I tak jest od zawsze? – spytała, patrząc już na mnie, a nie na miejsce, w którym powinien znajdować się mój cień. To dobrze, widać pierwszy szok już minął.
-        Od kiedy pamiętam. I od zawsze ma to na moje życie wpływ większy niż powinno.
Spojrzała na mnie pytająco.
-        Widzisz – powiedziałem, robiąc krok w stronę drzewa. Oparłem się o nie i spojrzałem na Marti – zawsze traktowałem to jako taką… no… metaforę. Brak cienia świadczy o tym, że jestem niekompletny. I taki właśnie się czuję.
Patrzyłem na nią i zastanawiałem się jak to odbierze. Nie wiedziałem jeszcze czy jest osobą zdolną do prowadzenia tego typu rozmowy.  Czy mnie nie wyśmieje.
Milczenie zaczynało stawać się nie do zniesienia. Rozejrzałem się. Zajęci sobą ludzie byli na swoim miejscu.
-        A czy ktokolwiek jest tak naprawdę kompletny? – powiedziała poważnie, zadziwiając mnie. – Wciąż się zmieniamy, rozwijamy. Bo jaki sens mają życia tych, którzy są już, jak to określiłeś… kompletni?
I patrzyłem tak na nią zdziwiony. Podmuch mroźnego wiatru zatrzepotał połami mojego płaszcza i zmierzwił włosy. Marti zrobiła krok w moją stronę.
-        Oczywiście, trzeba dążyć do bycia kompletnym. Cieszę się, że to robisz. Naprawdę – mówiła, a ja podziwiałem jej ciepły uśmiech. Podświadomie zrobiłem ku niej drobny krok.
-        Doskonałość jest miarą nieba. – zacytowałem Goethego. – Dążenie do doskonałości – miarą człowieka.
Nasze wargi zetknęły się zanim zdążyłem się zorientować. Dużo szybciej, niż się spodziewałem. Smakowała szczęściem i wiśniowymi cukierkami. Poczułem jej dłonie na swoich policzkach. Sam objąłem ją w pasie.
Tak się zaczęło. Sformalizowało się to nieco później, ale można powiedzieć, że od tego czasu byliśmy razem. Spełniły się moje marzenia o szczęśliwym związku i prawdziwej miłości.
Do tego doszło coś jeszcze. Martyna motywowała mnie do rozwiązania zagadki mojego cienia. I dobrze, bo bardzo chciałem to zrobić. Sam czułem tą dziwną pustkę, gdy chodziłem z nią za rękę i odwracając się widziałem tylko jeden cień.
Mówiła, bym się tym nie przejmował, że to tylko – jak to określiłem – metafora. Że nie powinna mieć wpływu na moje życie. Że jest dobrym symbolem, ale to wszystko. Ja jednak byłem zdania, że warto dojść do tego, skąd ten symbol wynika. I tak po raz pierwszy w życiu zacząłem prawdziwe śledztwo w poszukiwaniu własnego cienia.
Pierwszym krokiem każdej zbiórki informacji było wpisanie odpowiednich słów w Google.
Na hasło ,,bez cienia” Google odpowiedziało głównie piosenką ,,Bez cienia nadziei”.
Na hasło ,,brak cienia” odpowiedź była taka sama, a do niej doszły jeszcze wampiry. Wiadomym było, że w końcu na nie natrafię.
Na ,,Nie mam cienia” Google zareagowało oczywiście brakiem cienia nadziei, brakiem cienia wątpliwości i kolejną porcją historii o wampirach. Słowem, nic sensownego.
Próbowałem jeszcze kilku wyrażeń. Z podobnym skutkiem. Wszystko wskazywało na to, że Internet nie jest dobrym źródłem informacji w kwestii symboli i zjawisk paranormalnych.
Przetarłem oczy, zmęczone ciągłym patrzeniem w ekran. Jednym haustem dopiłem zimną już kawę i podniosłem się. Mój kręgosłup wydał dźwięk nakręcanego samochodziku-zabawki (brawa dla mnie za porównanie).
Wziąłem pusty kubek i ruszyłem do kuchni. Był późny, wtorkowy wieczór. Z kuchennego radia dochodził jakiś przebój Maryli Rodowicz. Mamę zastałem jak zwykle przy czyściutkim stole, na którym stała tylko w połowie zjedzona sałatka.
-        Cześć mamo – zagadnąłem. – Masz chwilę?
-        O, cześć – odpowiedziała, spoglądając na mnie zza okularów. – Coś się stało?
-        Nie – uśmiechnąłem się, siadając. – Po prostu mam sprawę.
-        Tak?
-        Jak sądzisz, dlaczego nie mam cienia? – spytałem od razu.
Mama zrobiła zdziwioną minę. Od lat z nią o tym nie mówiłem.
-        Co cię tak teraz wzięło? – spytała.
-        Po prostu pomyślałem, że fajnie by było go mieć. Myślisz, że jest na to sposób?
-        Nie wiem – wzruszyła ramionami. – Naprawdę. Myślę, że nie powinieneś się tym tak przejmować. Przecież to nic istotnego – mówiła niepewnie.
Typowa dorosła osoba, która skupia swoją uwagę wokół rzeczy dojrzałych – gazet, telewizji, pracy, wychowywaniu dzieci, ewentualnie jakieś dojrzałemu hobby, ale nie w jej przypadku.
Mam wrażenie, że im człowiek jest starszy tym trudniej mu zmienić poglądy, przez co automatycznie staje się bardziej zamknięty na świat. Mama miała czterdzieści pięć lat i definitywnie nie wierzyła w nic paranormalnego czy spirytualistycznego.
-        Nigdy się nad tym nie zastanawiałaś? – spytałem jeszcze.
-        Jeśli mam być szczera, to nie – odparła, odkładając gazetę. – Widzisz, mięliśmy z ojcem na głowie ważniejsze problemy na głowie, podczas gdy byłeś mały. Oczywiście, bardzo się zdziwiliśmy jak to zauważyłeś, ale co mogliśmy zrobić?
-        Ok – powiedziałem w końcu po chwili milczenia, po czym wstałem. – Dziękuję – rzuciłem jeszcze, po czym ruszyłem w stronę swojego pokoju.
-        Dominik – powiedziała mama, gdy wychodziłem.
-        Tak? – spytałem.
-        Nie zaprzątaj sobie tym głowy, naprawdę – powiedziała, po czym wróciła do przeglądania magazynów opowiadających o tym, który celebryta którego z kim zdradza.
Uśmiechnąłem się. Jak zwykle jej nie posłucham.
Usiadłem przed komputerem i puściłem cicho Wegnera (tak, tego od motywu z Gwiezdnych Wojen). Spojrzałem tępo w ekran komputera. Czułem wewnętrzną potrzebę zrobienia czegoś.
Oczywiście podświadomie zabiłem ją, otwierając Facebooka. Zobaczyłem jakieś memy wrzucone przez durny fanpage i zaśmiałem się pod nosem, a wraz ze śmiechem uleciały ze mnie resztki weny. Dałem lajka stronie wyśmiewającej naszych polityków (taki ze mnie anarchista!) i zastanowiłem się, co ja właściwie robię ze swoim życiem.
Rzuciłem okiem na okno chatu. Martyna była dostępna. Napisałem do niej.

DOMINIK: Hey kochanie ;)

MARTYNA: Hej ;) Co tam porabiasz?

DOMINIK: W sumie to mysle…

MARTYNA: Nad…?

DOMINIK: Nad zyciem. Ogolnie. Mogę cie o cos spytac?

MARTYNA: No chyba od tego jestem ;)

DOMINIK: Jak sadzisz… Dlaczego nie rzucam cienia?

Spojrzałem jeszcze raz na zdanie, które napisałem. Starałem się nie wyskakiwać jej tak z zaskoczenia z głupotami, jakie tworzył mój natchniony umysł, ale dziś nie mogłem się powstrzymać.
Po chwili przyszła odpowiedź.

MARTYNA: Juz o tym mowilismy, pamietasz? Mysle, ze to znaczy, ze czegos ci brakuje. Nie wiem czego, ale mysle, ze jak to zdobedziesz to cien moze się pojawic ;)

DOMINIK: Dobrze by bylo…

Ziewnąłem. Podrapałem się po policzku. Pociągnąłem łyka z butelki, która stała na biurku, ale ta niestety okazała się być pusta. No nic, niedługo pójdę po coś do kuchni. Tymczasem wróciłem dłońmi do klawiatury.

DOMINIK: Ale jak to wyjasnisz? W sensie wielu ludziom czegos brakuje a jakos maja cienie…

MARTYNA: Kochanie, co cie tak wzielo?

DOMINIK: Po prostu chcialbym to wyjasnic

MARTYNA: Nie wiem, to chyba ponad nasze sily…

DOMINIK: Mowiac wprost – brakuje mi tego cienia

MARTYNA: Trudno cos poradzic ;/

Poszedłem po wodę. Gdy wróciłem, wlewając w siebie mrożące przełyk hektolitry tlenku wodoru, zobaczyłem kolejną wiadomość od Marti i jakieś inne powiadomienie.

MARTYNA: Czy jest cos jeszcze czego ci brakuje?
Starałem się myślami odejść od cienia, ale wtedy moje myśli wahały się między nagą Marti w moim łóżku, a kanapką z Nutellą.

DOMINIK: Nie kochanie ;*

MARTYNA: To w sumie dobrze

Otworzyłem to drugie powiadomienie. Była w nim wiadomość od Oli.

ALEKSANDRA: Hey ;) Było cos na geo?

DOMINIK: Nie

Spojrzałem na swój plecak. W sumie nie otwarłem go od przyjścia ze szkoły.

DOMINIK: Chyba nie* Ale mam pytanie

ALEKSANDRA: ?

DOMINIK: Jak sadzisz czemu nie rzucam cienia?

W oczekiwaniu na odpowiedź zdążyłbym nawet sprawdzić, czy było coś na geografię. Oczywiście tego nie zrobiłem.

ALEKSANDRA: Mysle, ze totalnie nie powinienes się tym przejmować ;)

Westchnąłem. Pożegnałem się w końcu z dziewczynami i nie wyłączając muzyki poszedłem spać. Tego dnia na pewno więcej bym już nie zdziałał.
Może ta historia zaczyna was nudzić. Może uważacie brak cienia za nic poważnego, ale proszę, wysłuchajcie do końca. To, co usłyszycie powinno się wam spodobać.
Stałem na dachu wieżowca. Noc była bardzo gwieździsta. Mój płaszcz trzepotał, rozpostarty niczym flaga na wietrze. Rozglądałem się. W końcu go zauważyłem. Cień pojawił się na sąsiednim dachu.
Biegłem co sił w nogach, patrząc na oddalający się cień. Nie mogłem stracić go z oczu. Wybiłem się i bez namysłu skoczyłem. W locie zrobiłem dwa obroty rękami, jakby to miało jakkolwiek zmiękczyć lądowanie.
Nie zmiękczyło. Rąbnąłem w sąsiedni dach, zrobiłem przewrotkę i ruszyłem w dalszą drogę. Cień był coraz bliżej.
Gdy myślałem, że już się nie wymknie, ten skręcił. Odbiłem w bok i puściłem się w bieg za nim.
Kolejny dach był na równi z tym, a dzieliło je dobre kilka metrów. Cień dystans ten wręcz przefrunął. Ja rozpędziłem się.
Nie mogłem go stracić. Nie mogłem.
I skoczyłem. Od razu wiedziałem, że nie dam rady. Widziałem nad sobą tylko usłane gwiazdami niebo, a poniżej migawki miejskich świateł. Gwiazdy i latarnie zdawały się być tak samo odległe.
Oburącz złapałem się sąsiedniego dachu, uderzając resztą ciała w ścianę. Wgramoliłem się jak mogłem najszybciej. Cień uciekał, ale jeszcze miałem szansę. Biegłem dalej.
Cień wyraźnie zwolnił, byłem coraz bliżej.
Już prawie go miałem.
Nagle cień zatrzymał się na krawędzi budynku. Przeniknąłem przez niego, potknąłem się o krawędź i runąłem w dół. Światła miasta zmieszały się z gwiazdami.
A cienia już nie było.
Obudziłem się. Ładna pogoda za oknem kontrastowała z horrorem mojego snu. Dwie minuty zajęło mi odróżnienie go od rzeczywistości.
Umyłem się i ubrałem dość szybko, po czym ruszyłem do szkoły. W drodze na przystanek zdążyłem wypalić trzy fajki. Czy byłem zdenerwowany? Bardziej zdeterminowany.
W autobusie siedziałem, obserwując rzucającą cienie rzeczywistość i słuchając zespołu Morphine, który w genialny sposób zastępował gitarę saksofonem barytonowym.
Gdy dotarłem do szkoły było już po ósmej, więc wszedłem na geografię spóźniony.
Na przerwie wyszedłem na boisko do kosza. Na niewielkich trybunach siedział Art, dręcząc tablet, a zaraz przed nimi Marti rozmawiała z Pawłem i jakimiś chłopakami, którzy właśnie ustalali składy na kosza. Słusznie, pogoda była świetna, żeby sobie pograć.
Przywitałem się z Marti buziakiem, po czym usiadłem obok Artura.
-        Art? – zagadnąłem go.
-        Co jest? – spytał, przygaszając ekran. Musiał wyczuć powagę w moim głosie, bo nigdy tego nie robił. Nawet wzrok miał jakiś bardziej obecny.
-        Słuchaj, muszę się o coś spytać. Już o tym nieraz gadaliśmy, ale po prostu muszę…
-        Ziom – Uśmiechnął się Artur – możesz mnie spytać nawet jak radzę sobie z podrażnieniami po goleniu jaj. Jesteśmy w końcu przyjaciółmi, tak?
-        Tia – Zaśmiałem się. – Ale nie o to mi chodzi.
-        Wal.
-        Jak sądzisz, dlaczego nie rzucam cienia?
Artur zrobił poważną minę. Spojrzał na mnie, jakby chciał się przekonać, że rzeczywiście nie rzucam cienia; jakby jeszcze nigdy nie przyglądał się temu zjawisku z taką uwagą.
Paweł i reszta chłopaków zaczęło mecz trzy na trzy.
-        Wydaje mi się, że są dwa wyjaśnienia. Numer jeden: Twoja skóra ma jakieś popieprzone właściwości – powiedział, łapiąc moją dłoń i spoglądając na nią, tym samym wzrokiem, jakim zwykle patrzył w swój tablet. – Wątpię, by światło zwyczajnie cię prześwietlało. Powiedziałbym bardziej, że twoja skóra może je magazynować i jakby… zwracać. Wtedy rodzi się wiele kolejnych pytań, ale to chyba możliwe. No i opcja numer dwa: Iluzja optyczna. Tego już nie wyjaśnię dokładniej, bo sam nie jestem pewien, na jakiej zasadzie miałoby to działać, ale niewykluczone, że po prostu coś nam umyka…
-        Mhm – powiedziałem. – To ma sens.
Takiej właśnie odpowiedzi oczekiwałem od kogoś, o tak ścisłym umyśle. Usłyszałem entuzjastyczny krzyk Marti i Oli. Odwróciłem się. Paweł przybijał piątkę Jackowi, a jakiś inny chłopak dodał ich drużynie dwa punkty na tablicy wyników. Zaklaskałem teatralnie, patrząc na Pawła porozumiewawczo, po czym odwróciłem się z powrotem do Artura.
-        A jak sądzisz – spytałem jeszcze – co mogę zrobić, by odzyskać cień?
-        Hm. W pierwszej kolejności może mógłbyś iść do tego… No… Ej, Ola! – zawołał do dziewczyny obserwującej mecz.
-        Tak?
-        Jak się nazywa lekarz od skóry?
-        Dermatolog – odpowiedziała tonem nadającym temu oczywistości. Typowe dla biol-chemu.
-        Dzięki! – krzyknął, po czym zwrócił się do mnie. – No, także może to mógłby być dobry pierwszy krok. Wątpię, by tym coś znalazł, ale raczej jeśli w ogóle ktoś coś wymyśli, to stawiałbym na niego.
-        Ok – Uśmiechnąłem się. – Dzięki wielkie.
-        Tylko wiesz, jakbyś umawiał się na wizytę – powiedział jeszcze – to nie podawaj mu powodu przez telefon. Wątpię, by cię wtedy przyjął.
-        Jasne.
Jakoś jednak nie sądziłem, że dermatolog może coś dać w sprawie. W dalszym ciągu bardziej byłem w stanie uwierzyć w metaforyczność tego zjawiska niż w jakiekolwiek naukowe wyjaśnienie.
Podszedłem do Marti i usiadłem obok niej.
-        Paweł zaprosił nas na osiemnastkę – powiedziała. – Pewnie sam ci powie, ale chwilowo jak widzisz jest zajęty. – Skinęła na boisko. Podniosłem głowę. Piłka w rękach Pawła. Kozłowanie, dwutakt, rzut. Przeciwnik odbija piłkę w locie. Pokiwałem głową z uznaniem.
-        Super – odparłem. – Kiedy?
-        Dziewiątego.
-        Idealnie – Uśmiechnąłem się. – Może ogarniemy jakiś wspólny prezent?
-        Na to liczyłam – wyznała.
Po chwili dzwonek wezwał mnie na angielski. Na następnej przerwie Paweł potwierdził słowa Marti i powiedział, że wódka będzie najlepszym prezentem.
Przez resztę dnia nie działo się nic ciekawego. Jednak nie miałem ochoty po szkole iść ani nigdzie z ekipą, ani z Marti. Nawet nie chodziło o to, że był środek tygodnia. Po prostu czułem, że jestem bliski wyjaśnienia zagadki mojego cienia.
W autobusie znowu pieściłem soje uszy Morphine’ą (nigdy wcześniej nie sądziłem, że tak łatwo może przyjść zespołowi rockowemu zastąpienie gitary elektrycznej saksofonem. Szacun dla Dany Colley’a.)
Gdy dotarłem na miejsce, zapaliłem czerwonego Marlboro. Miałem ochotę się przejść zanim wrócę do domu. Była ładna pogoda a świeże powietrze oraz nikotyna dobrze wpływają na mój proces myślenia.
Szedłem ulicami mojego spokojnego osiedla. Przechodziłem przez niewielki placyk, podziwiając rzędy nowoczesnych domów. Na samym końcu była plebania, a zaraz obok niej rzucający cień na znaczną część  placyku kościół o bardzo romańskich rysach.
Kościół.
Nie, nie jestem wierzący. Jednak warto tam zajrzeć. Może dowiem się czegoś ciekawego.
Dopaliwszy po drodze papierosa, stanąłem przed oszklonymi drzwiami kościelnymi. Pchnąłem je i wszedłem do środka. Rozważałem nawet przez chwilę czy zamoczyć dłoń w kropielnicy i zrobić znak krzyża, tak z szacunku, ale w końcu zdecydowałem się tego nie robić.
Wielkie pomieszczenie było niemal całkiem puste, nie licząc patrzącego na mnie z krzyża Jezusa. Przeszedłem między dwoma środkowymi rzędami ławek i kucnąłem przed ołtarzem. Co ja w ogóle robię?
Spojrzałem na figurkę Zbawiciela. Brawa dla konstruktora, patrzyła prosto na mnie, gdy byłem przy wejściu, teraz tak samo mam wrażenie, że na mnie patrzy, mimo że jestem kilka metrów przed nią.
Tak, jestem artystą, ale nie musicie tego wszyscy kojarzyć z szalonym ekscentrykiem, który dosłownie we wszystkim widzi symbole i interpretuje obrazy, które płatki tworzą na mleku, albo układ bekonu na patelni.
Jezus. Ciekawe, czy ten typ w ogóle istniał. Jeśli tak, to musiał być najgenialniejszym iluzjonistą swoich czasów. A jeśli nie, to organizacja, która go wymyśliła, musiała być równie genialna. A może miał jakieś zdolności paranormalne…
-        Synu? – usłyszałem za sobą.
-        O – Odwróciwszy się zobaczyłem wychudzoną postać księdza, wyglądającego na około czterdzieści lat. Jego tubalny głos nie pasował do tak szczupłej sylwetki – dzień dobry… Yyy, to znaczy szczęść Boże. Właśnie księdza szukałem.
-        Tak? – zainteresował się.
-        To dziwne pytanie – uprzedziłem, po czym stanąłem prosto – Czy widzi ksiądz we mnie coś dziwnego?
Kapłan spojrzał na mnie zaskoczony i aż poprawił to… no to dziwne coś na szyi, charakterystyczne dla księży.
-        Cień – podpowiedziałem cicho.
-        Nie masz cienia! – Zauważył odkrywczo.
-        To prawda. Nie mam cienia. Od kiedy pamiętam nie mam cienia. Jak ksiądz myśli, skąd to może wynikać?
Mężczyzna wyraźnie nie wiedział co powiedzieć, a jako że był księdzem, to spojrzał na figurkę Jezusa i zrobił znak krzyża.
-        Usiądźmy, synu – powiedział, wskazując mi miejsce w pierwszej ławce. Ewidentnie nie umaił pogodzić się z faktem, że sam tego nie rozumie. – Muszę przyznać, że spotykam się z tym po raz pierwszy w życiu. Mówisz, że nie masz cienia od urodzenia?
-        Mhm – przytaknąłem, siadając.
-        Wedle Biblii cień jest symbolem spełnienia, co jest powiedziane w Księdze Izajasza. Wydaje mi się, że Bóg chce ci coś przekazać. Bo wierzysz w Boga, synu? – spojrzał na mnie uważnie, jakby naprawdę był moim ojcem i pytał, czy aby nie jestem gejem.
-        A co jeśli nie? – spytałem, wiedząc, że właśnie tracę w jego oczach cały szacunek, jaki dotychczas miałem.
-        Wobec tego nie wierzysz w Boga ani w Szatana?
-        Moim zdaniem to tylko symbole.
Ksiądz westchnął.
-        Nie wierząc w Szatana nie bronisz się przed nim. Sprawiasz, że ma prostą drogę do twojej duszy – powiedział.
-        Co ksiądz sugeruje?
-        To może być opętanie – powiedział poważnie.
-        Brak cienia? – zdziwiłem się.
-        Tak.
-        Co wobec tego mógłbym zrobić? – spytałem, przekonany już, że to nie ma sensu. Z resztą, co spodziewałem się usłyszeć?
-        Uwierzyć. I zwrócić się do egzorcysty – odparł tamten z przekonaniem.
Spojrzałem na twarz księdza, którą rutyna codziennych mszy i bezgrzeszne życie pomarszczyły zanadto jak na jego wiek. Potem spojrzałem na Jezusa, który przypominał wszystkim katolikom, że nie ma się z czego cieszyć. Swoją drogą, czemu ich symbolem jest Jezus ukrzyżowany, a nie zmartwychwstały? Czy oni zawsze muszą widzieć tylko to, co złe?
To nie ma sensu.
-        Uważa ksiądz – podsumowałem – że demon zabrał mój cień?
-        Nie można tego wykluczyć – przyznał pośrednik Stworzyciela. – Czy twoi rodzice mogli mieć jakieś powiązania z nieczystymi kultami? A może są niewierzący? Właśnie takimi rodzinami diabeł interesuje się najbardziej.
-        Moi rodzicie – Uśmiechnąłem się – są najnudniejszymi ludźmi świata. Nie ma opcji, by ściągnęli na mnie diabła. Ksiądz wybaczy, ale nie takiego wytłumaczenia szukam.
Wstałem.
-        To właśnie niewierzący są najbardziej podatni na wpływy Szatana – powtórzył ksiądz.
-        Nie, naprawdę, to nie jest dobre rozwiązanie mojego problemu. Dziękuję – powiedziałem, po czym ruszyłem w stronę drzwi.
-        Nie powinieneś odwracać się plecami w stronę ołtarza! – upomniał mnie.
Tia. Lepiej chodzić tyłem. Cóż, nic mu nie odpowiedziałem. Gdy już byłem przy wyjściu, odwróciłem się jeszcze.
-        Proszę księdza! – krzyknąłem, a on spojrzał w moją stronę. Włożyłem dłoń do kropielnicy, pomoczyłem ją w wodzie święconej i zrobiłem sobie znak krzyża na czole. – To raczej nie demon. On by się wkurzył – powiedziałem.
Ksiądz nakreślił krzyż w powietrzu na znak błogosławieństwa.
-        Niech duch święty ma cię w swojej opiece – rzekł, a jak ukłoniłem się i wyszedłem.
Muszę powiedzieć, że ułamek sekundy przed zamoczeniem dłoni w wodzie święconej strach mnie obleciał. Dziwne. Cóż, im więcej osób ci coś mówi, tym bardziej jesteś skłonny w to uwierzyć, nie ważne, czy jest to prawdą.
Tak jak się spodziewałem, dostałem kolejną opinię kogoś, kto dostosował rzeczywistość do swojego punktu widzenia, a tym samym  nic mi nie pomógł.
Wróciłem do domu. Poślęczałem trochę przed książką z fizyki, ale nie mogłem się skupić. Chciałem jeszcze przeczytać jakiś wiersz, ale nawet na to nie miałem humoru. Puściłem więc jeden z pierwszych albumów Korna (śpiew Jonathana Davisa na tle obniżonego, prowadzącego basu Fiely’ego i siedmiostrunowych gitar idealnie wpasował się w mój humor).
I tak właśnie zasnąłem, kołysany nu metalowymi pieśniami o śmierci duszy.
Lato zbliżało się wielkimi krokami, a wraz z nimi matury. Dalej, co za tym idzie – wakacje. Jednak mój humor wcale nie zmieniał się adekwatnie do pogody. Nie byłem szczęśliwszy. Trudno powiedzieć, że obsesyjnie poszukiwałem swojego cienia, bo sam fakt, że użyłbym słowa ,,obsesyjnie” wobec samego siebie świadczyłby o tym, że obsesją to nie jest. Tak czy inaczej – dalej go szukałem.
Byłem u tego dermatologa. Uważał, że coś wie. Nie wiedział kompletnie nic. Zmyśliłem nawet wysypkę, by się do niego umówić, a o cieniu wspomniałem tylko pobieżnie. Tak czy inaczej – znów nic się nie dowiedziałem. Do egzorcysty dokopać mi się nie udało.
Pytałem ludzi z różnych środowisk, różnych zwodów, różnych klas społecznych. Z Marti starałem się nie rozmawiać o tym za wiele, nie chciałem jej męczyć. Jednak trudno zaprzeczyć, że była dla mnie podporą. Miło spędzało się nam czas. Nie rozmawialiśmy wiele o przyszłości, raczej cieszyliśmy się chwilą.
Do czasu.
Byłem w domu czwartkowym wieczorem, siedziałem akurat przy biurku i myślałem trochę. Znajomi robili szum wokół zbliżającej się osiemnastki Pawła. Fakt, też się cieszyłem, ale nie odczuwałem potrzeby rozmawiania o tym ze wszystkimi. Kupiliśmy mu z Marti zapalniczkę Zippo z wygrawerowaną gitarą. Właściwie ja ją kupiłem, ale mniejsza o to.
To był dobry czas. Mój umysł zamknął się i skondensował, nie przyjmowałem już nowej twórczości. Ani dziwactw znalezionych w Internecie, ani wyższej literatury, ani współczesnej poezji. To był czas tworzenia. Miałem ochotę coś napisać, czułem wręcz taką potrzebę.
Siedziałem więc z długopisem nad pustą kartką papieru.
I wtedy właśnie przyszedł MMS od Pawła. Najpierw przeczytałem treść.
,,Musisz to zobaczyć”.
Dalej było zdjęcie, które utkwiło mi w pamięci na długi czas. Była na nim Marti, w tej swojej pięknej czerwonej sukience. Tej, którą kupiła na naszych pierwszych zakupach.
Całowała się z jakimś eleganckim, przystojnym typkiem o krótkich blond włosach. Stali na tle rozgwieżdżonego nieba, nieopodal miejsca, gdzie ja pierwszy raz ją pocałowałem.
Nawet nie odpisałem. Nie wiedziałem co robić. Na sekundę cały mój świat rozpadł się na kawałeczki, jak w teledysku Coming Undone Korna. Korna, z którym spędziłem całą noc, nie mogąc zmrużyć oka.
Nie tylko wszyscy ludzie z różnych kultur i środowisk mieli na świat inny pogląd. Nawet ja i Marti mieliśmy inny pogląd na relację nas łączącą – na najbardziej wspólną rzecz, jaka mogła zaistnieć we wszechświecie.
Obudziłem się o dwunastej, musiałem zasnąć około szóstej. Odruchem żyjącego w dwudziestym pierwszym wieku nastolatka sięgnąłem po telefon. Było kilka nieodebranych wiadomości.

ARTUR: Czemu cie nie ma ziom?

MARTI: Kochanie, co z toba?

MARTI: Czemu cie nie ma?

Do tego dochodziło jeszcze nieodebrane połączenie od niej.
Nie zamierzałem jej odpowiadać. Musiałem pogadać z nią w cztery oczy. Za godzinę kończy lekcję. Powinienem zdążyć.
Ubrałem się i umyłem dość szybko. Każdy drobny ruch wykonywałem automatycznie, wciąż myśląc o tym zdjęciu. Cały czas miałem przed oczami tą jedną scenę, wyobrażałem ją sobie z różnych perspektyw i przy różnych scenariuszach. Może to jej nowa miłość? Może przelotna przygoda, której żałuje? Może to jeden z wielu?
Może to zdjęcie jest sfałszowane?
Nie. Paweł nie miałby powodu by to robić. Poza tym ten człowiek ma problem ze ściąganiem filmów z Youtube’a, więc co tu mówić o tak dobrym przerabianiu zdjęć? Nie. To się stało. Zaakceptuj to, Dominik.
Dzięki, drodzy rodzice, za obudzenie mnie – pomyślałem,  wychodząc z mieszkania. Całe szczęście, że znalazłem swoje klucze w tym bajzlu.
W windzie sprawdziłem stan paczki fajek. Zostało jeszcze sześć. Normalnie dałoby radę, ale mam wrażenie, że na dziś potrzebne mi będzie dużo więcej. Już dwie poszły podczas samej drogi na przystanek, którą przeszedłem mechanicznie, szybkim krokiem. Niebo było równie zachmurzone co moje serce, ale deszcz za nic nie chciał zacząć padać. Patrzyłem w telefon, na którym wyświetliłem wysłane mi przez Pawła zdjęcie.
Kim był ten typ? Kim on do cholery w ogóle jest!?
W drodze do szkoły faszerowałem się Morphine’ą, żałując, że mowa tu tylko o nazwie kapeli. Dotarłem tam o pierwszej. I czekałem przed wejściem.
W końcu Marti wyszła w towarzystwie dwóch koleżanek. Wydawała się być bardzo zadowolona. Nie zauważyła mnie. Wraz z dziewczynami ruszyła w stronę przystanku. Wpakowałem ręce w kieszenie i ruszyłem za nimi.
Przeszliśmy za szkołę, wchodząc w wąską uliczkę między jakimś starym magazynem a niewielkim laskiem. Tam odważyłem się podejść bliżej.
-        Martyna! – zawołałem.
Odwróciła się zaskoczona, a wraz z nią obie pozostałe dziewczyny. Marti podeszła do mnie powoli, starając się ukryć zakłopotanie.
-        Możemy chwilę pogadać? – spytałem, starając się, by mój głos nie brzmiał tak wrogo. Chyba nie wyszło, bo koleżanki Marti same odwróciły się i udały, że są zajęte jakimiś swoimi sprawami.
-        J… jasne – odpowiedziała.
Była dziś wyjątkowo piękna. Miała na sobie czarną spódnicę i podkolanówki tego samego koloru, zwieńczone połyskującymi botkami. Do tego kolorowa koszulka i rozpięty, zielony płaszcz. Ten sam, który miała na naszym pierwszym spotkaniu.
Pomalowała się nawet bardziej niż zwykle.
Była cholernie piękna. Jakbym dopiero co to odkrył. Jednak to sprawiało, że było mi jeszcze trudniej powiedzieć jej to, co musiałem jej powiedzieć. Wyciągnąłem telefon i wyświetliłem na nim to zdjęcie. Pokazałem jej, a ona zakryła usta dłońmi i zrobiła krok do tyłu, jakby w obawie, że ją zaatakuję.
Spojrzała na mnie błagalnym wzrokiem. Pokiwałem głową smutno. Tak Marti, to się dzieje naprawdę.
-        Dominik, ja… – wyjąkała.
-        Tak – odpowiedziałem dziwnie wysokim głosem, zobaczywszy łzę, spływającą z jej oka wraz z makijażem. Odchrząknąłem, po czym mówiłem dalej. – Tak, Marti. Możesz mi to jakkolwiek wyjaśnić?
Ukryła twarz w dłoniach.
-        Dominik, bo – zaczęła mówić, a ja, głupi, naprawdę wierzyłem, że powie coś mądrego – To nie jest twoja wina… Po prostu ja nie umiałam zrozumieć…
-        Czego? – spytałem, starając się, by mój głos nie drżał. Jej koleżanki oddaliły się nieco, wyczuwając, że dzieje się coś niedobrego. Mam nadzieję, że żadna z nich nie podejdzie tu, by jej bronić.
-        Tego… – szepnęła, skinając gdzieś za mnie. Odwróciłem się, ale nic nie zobaczyłem. Wróciłem spojrzeniem z powrotem do niej i zajrzałem w jej zielone oczy pytająco. Ona jednak płakała bezgłośnie.
I nagle zrozumiałem. Ale zrozumienie przyniosło kolejne pytania.
-        Mój cień?
-        Byłeś… – zaczęła, po czym powachlowała się dłonią i pociągnęła nosem, starając się ogarnąć. – Byłeś taki nieobecny… Wciąż zafascynowany poszukiwaniami…
-        I to dało ci prawdo do przelizania się z jakimś facetem!? – warknąłem, aż zrobiła krok w tył, a jej dwie przyjaciółeczki spojrzały w moją stronę. – Kto to w ogóle jest!?
-        Dominik, proszę… – mówiła.
Nawet nie wiem kiedy w mojej dłoni pojawił się odpalony papieros. Zaciągnąłem się łapczywie, w nadziei na uspokojenie się.
-        Kochasz go, prawda? – spytałem, sam dziwiąc się sobie.
Marti spojrzała na mnie przepraszająco. Potaknęła skinieniem, a ja pokiwałem głową. Rozumiem.
Naprawdę rozumiem.
Podeszła do mnie i objęła mnie. Pachniała łąką i kwiatami. Nie odwzajemniłem objęcia.
-        Przepraszam cię, Dominik. Byłeś naprawdę wspaniały. Dziękuję ci za wszystko… – wyszeptała, po czym puściła mnie i pobiegła do swoich przyjaciółek. Nie reagowałem. Stałem tak tylko, na pustej, wąskiej ścieżce. Zaraz przy drzewach, które swą zielenią przypominały jej oczy. Pod zachmurzonym niebem. Zachmurzonym jak moja dusza.
Stałem, niczym człowiek z obrazu Muncha. Sam, opuszczony nawet przez własny cień, przez wszystkie anioły i Boga, które mogłyby chociaż istnieć w moim umyśle. Czasem żałuję, że nie umiem już w to wszystko uwierzyć.
Pociągnąłem ostatniego bucha. Odwróciłem się i naplułem w miejsce, w którym powinien być mój cień. Nie wiedziałem co ze sobą począć, więc ruszyłem dalej ścieżką. Jak powiedział, ktoś mądry – lepiej bez celu iść naprzód, niż bez celu stać w miejscu, a już na pewno lepiej, niż bez celu się cofać.
Oczywistym było, że ścieżka nie zaprowadzi mnie do rozwiązania problemu. Dotarłem nią jedynie do niewielkiego placu zabaw między blokami, obok którego stał sklep spożywczy. Bardziej przyziemnego miejsca chyba nie było.
Na szybie sklepu była najlepiej przemyślana reklama jaką kiedykolwiek widziałem. Od wewnątrz do szyby przyklejona była kartka papieru, na której wydrukowane było jedno słowo klucz – ,,Piwo!”
Przydałoby się – pokiwałem głową, zapaliwszy papierosa. – Ale nie. Dziękuję, nie jest jeszcze tak źle. Alkohol nie zwróci mi mojej dziewczyny, a już na pewno nie zwróci mi cienia.
Dopaliłem do końca. Musiałem wciągnąć w siebie jeszcze trochę śmierci zanim zdecyduję, co dalej robić ze swoim życiem.
Następnego dnia w szkole wszyscy zaczepiali mnie i pytali co się stało ze mną i Marti. Jak zwykle szara masa była dobrze poinformowana. Cóż, miałem w sobie na tyle godności by nie nazwać jej dziwką, ani nawet nie wyjawić szarej masie prawdy. Mówiłem, jak to ja, że każda miłość się kiedyś kończy, a pytany o tak osobiste rzeczy przez ludzi których ledwo znam z widzenia, co też czasem się zdarzało, odpowiadałem grzecznościowym, uśmiechniętym ,,spierdalaj”.
Na jednej przerwie miałem dłuższą rozmowę z Arturem, Pawłem i Olą. Musiałem im wszystko wyjaśnić, a Paweł opowiedział mi, jak zrobił to zdjęcie. Zgodnie z jego relacją wracał do domu około dziewiętnastej. Przechodził przez ten właśnie plac, bo tak miał najbliżej. Tam zauważył Marti i już chciał ją wołać, gdy zrozumiał, że typek z którym idzie za rękę nie jest mną
-        Na początku myślałem, że opitoliłeś włosy na krótko, przez co wydajesz się wyższy i chudszy – relacjonował Paweł.
No i tak Paweł szedł za nimi, zastanawiając się co się wydarzy. Już chciał do mnie dzwonić, gdy ci się zatrzymali i zaczęli szeptać coś do siebie. Paweł nie mógł oprzeć się wrażeniu, że wyglądają na zakochanych. Wtedy tym bardziej przyglądał się temu podejrzanie. No i nagle pocałowali się.
-        …Resztę znasz – dokończył, poprawiając skórzaną kurtkę.
I bylibyśmy skazani na bezczynne siedzenie w milczeniu, gdyby nie zbawienny dzwonek na lekcje.
Na jednej z przerw widziałem się z Marti. Nawet zatrzymała się przy mnie i powiedziała ,,Cześć”, a nawet jeśli jej uśmiech był wymuszony, to ja tego nie zauważyłem. Może i mnie udało się nie wyglądać tak smutno. Może cieszyła się, że nie rozpowiadam, co się stało… Trudno powiedzieć. Tak czy inaczej ja sam wciąż byłem w niej zakochany.
Akurat z Olą skończyliśmy lekcje o tej samej godzinie, więc wybraliśmy się na miasto. Ola zawsze umiała pocieszać lepiej, niż ktokolwiek inny. Była dziewczyną, ale zwykle wolała męskie towarzystwo, także można powiedzieć, że rozumiała przedstawicieli obu płci, stąd łatwo mogła wyjaśnić wiele zachowań.
Dobra, powiedzmy sobie szczerze, w przypadku Marti nie było co wyjaśniać, po prostu nie byłem spełnieniem jej marzeń i zakochała się w kimś lepszym. Jednak wciąż Ola mogła pomóc. Mogła szepnąć, że rozumie i przytulić. To też zawsze pomagało.
Jak zwykle siedzieliśmy na ławce i delektowaliśmy się papierosami. A ja oczywiście narzekałem. Narzekałem na świat, na Marti, na siebie i na wszystko co z tym związane.
-        Wiem, że możesz mieć już dość słuchania o tym, ale… Nie rozumiem dlaczego nie mam cienia! Powtarzam się, zanudzam, ale to jest naprawdę straszne!
Ola spojrzała na mnie i uśmiechnęła się z politowaniem.
-        Ludzie rodzą się ślepi, zdeformowani, upośledzeni, chorzy… Też zadają sobie to pytanie, ale doskonale znają odpowiedź. Ty nie masz tych problemów, Dom. Ty nie masz cienia. Jak to jest, że sądzisz, że to tak bardzo niszczy ci życie? – spytała niedowierzając.
Zgasiłem szluga i wstałem z ławki. Akurat byliśmy schowani w cieniu wielkiej galerii handlowej więc zrobiłem kilka kroków i stanąłem w słońcu.
-        Spójrz – powiedziałem. – Ilu z tych ludzi nie ma cienia?
-        Tylko ty – odparła od razu.
-        Nie czułabyś się źle z czymś takim? Gdybyś tak naprawdę tylko ty z tak wielu ludzi była niekompletna?
-        Nie.
-        Skąd wiesz? – zdziwiłem się, podchodząc z powrotem do niej, siedzącej po turecku na ławce.
-        Po prostu wiem – wzruszyła ramionami. – Dom, zrozum, jesteś lepszy od większości tych ludzi, naprawdę. Skończ biadolić i chodźmy się gdzieś napić.
I poszliśmy. Później już rozmowa nie wracała na te tory, rozmawialiśmy głównie o jutrzejszej imprezie. Cieszyliśmy się na osiemnastkę przyjaciela. Nie przeszkadzało mi nawet, że Ola mnie nie rozumiała w kwestii cienia, bo niewykluczone, że w tym całym swoim niezrozumieniu miała rację.
Później, zanim jeszcze zaczęło się ściemniać pożegnaliśmy się. Odprowadziłem ją do domu, po czym udałem się na autobus. W drodze do domu wciąż słuchałem raczej mrocznej muzyki
W końcu nadszedł szczęśliwy dzień, gdy to o godzinie dziewiętnastej, w jednym z bardziej znanych klubów w mieście zbierze się większość moich znajomych by celebrować fakt, że Paweł osiągnął w końcu wiek lat osiemnastu. Wszyscy wiedzą, że jest to tylko pretekst do zrobienia imprezy na szczęść tego, że to, co już masz, nabywa mocy prawnej.
Tak czy inaczej punktualnie o dziewiętnastej stawiłem się u bram klubu. Wszedłem do środka, by zobaczyć ogromny parkiet, wokół którego ustawione były loże z obitymi w białą skórę kanapami. Nieopodal stanowiska DJ’a stał Paweł, rozmawiając z dwoma znajomymi. Podszedłem do niego. Ludzie tego typu nie mają czegoś takiego jak ubiór odświętny. Miał na sobie typowy, codzienny strój rockmana. Cóż, nawet ja założyłem marynarkę.
Zauważył mnie i uśmiechnął się.
-        Mam nadzieję, że poza rockiem i metalem będzie tu trochę imprezowej muzy – powiedziałem, podając mu rękę.
-        Zastanowię się – stwierdził uśmiechnięty.
-        Mam tu coś dla ciebie – powiedziałem, wręczając mu opakowaną w kolorowy papier zapalniczkę. – Niech wiernie służy tobie i twojemu rakowi!
-        Dziękuję – Uścisnął mnie. – Jesteśmy bardzo wdzięczni. A teraz proszę – wskazał w stronę baru. – Idź się czymś uraczyć.
-        Bardzo chętnie – przyznałem, ruszając w stronę baru. Postarałem się nie skupiać spojrzenia na dekolcie jakże apetycznej barmanki. Zamówiłem piwko butelkowane i udałem się w stronę loży, przy której siedział już Paweł z Arturem. Artur postawił nawet włosy na żelu i założył tani garnitur z typowym kolorowym krawatem. Przywitałem się z nim i usiadłem.
Siedzieliśmy i rozmawialiśmy, a ludzie schodzili się. Im więcej zaś było ludzi, tym bardziej rozkwitała impreza. Wraz z pojawieniem się DJ’a z głośników zaczęła sączyć się ociekająca elektroniką, taneczna muzyka. Dzięki temu parkiet zaczął się zapełniać. Ludzie tańczyli do utworów, które chcąc nie chcąc znają wszyscy. Tańczyli pośród gamy różnokolorowych świateł.
Byłem przy barze i zamawiałem kolejne piwo, które mogłoby mi dodać odwagi na próbę lekkiego flirtu z barmanką, gdy podszedł do mnie Paweł. Usiadł ze mną przy barze i nachylił się do mnie. Przekrzykując jakieś chore dupstepowe dropy powiedział, że ma do mnie pewną sprawę i gestem zaprosił mnie przed klub. Tam poczęstował mnie miętowym papierosem i dopiero gdy sam zapalił, zaczął mówić.
-         Powinieneś o czymś wiedzieć, Dom – powiedział. – Chodzi o Marti.
-        Tak? – spytałem. – Wiem, że tu będzie, jeśli o to chodzi.
-        Nie tylko. Widzisz, wczoraj podeszła do mnie ze sprawą.
-        Tak?
-        Też uważam, że to, co zrobiła, to największe świństwo, do jakiego mogła się posunąć, ale nie wypadało mi się nie zgodzić…
-        No mów co takiego chciała – ponagliłem go, wypuszczając dym.
-        Spytała, czy może przyjść z osobą towarzyszącą. No więc zgodziłem się, bo co mogłem zrobić? – wzruszył ramionami i spojrzał na mnie przepraszająco.
-        Na przykład powiedzieć mi wcześniej!? – zasugerowałem.
-        Wybacz Dom. Może nawet się nie zobaczycie…
-        Oby Paweł – westchnąłem. – Ale wątpię, by tak się stało.
-        Nic nie jest niemożliwe – Poklepał mnie po ramieniu. – Dobra, chodź napić się wódki.
I poszliśmy. Przy barze siedziała akurat Ola. Ta impreza była jedną z niewielu okazji, by zobaczyć ją w sukni. Biała sukienka z niewielkim dekoltem i tegoż samego koloru pantofelki nieźle kontrastowały z jej czarnym – pozytywnie czarnym – charakterem. Makijaż też miała mocniejszy niż zwykle. Nie da się ukryć, że była ładna.
Usiadłem obok i przywitałem ją buziakiem w policzek.
-        Co pijesz? – spytał Paweł.
-        Leszka – odparła. Uchwyciła nasze spojrzenia i sama spojrzała na swój strój. – Tak, wiem, nie pasuje – przyznała – ale nie będę udawać damy. Ciesz się, że ładnie się dla ciebie ubrałam! – skinęła na Pawła szyjką butelki.
-        Dziękuję bardzo. – Ukłonił się teatralnie. – Przyszliśmy tutaj jednak z Domem w celu wyższym, niż podziwianie twojego stroju.
-        Jaki to może być cel? – Zaśmiała się, łyknąwszy piwa.
Paweł spojrzał na nią sugestywnie, a ona zgadła od razu.
-        Dwa szoty Absoluta – Pokazał palcami barmance, jakby nie wiedziała ile to jest dwa. Cóż, jeśli rzeczywiście inteligencja jest przeciw proporcjonalna do urody, to tak właśnie mogło być. Smukłe kształty tej dziewczyny nie tylko cieszyły męskie oko, ale i pobudzały do działania wyobraźnię. Jako barmanka to ona służyła tobie. Definitywnie chciało się, by pozostała w tej roli. Jej długie, kruczoczarne włosy… Dobra, dosyć. Była piękna, tyle. W tej historii ważniejszy jest fakt, że podała nam wódkę.
-        Za co pijemy? – spytał Paweł.
-        Za ciebie. – Uniosłem kieliszek.
-        Miałem nadzieję, że za to, byś zapomniał o Marti.
Skrzywiłem się na myśl o niej.
-        Wypijemy kolejnego – zasugerowałem.
I wlałem siebie wódkę, czując, jak czysta gorycz wpływa mi do żołądka. Skrzywiłem się.
-        No to jeszcze po jednym! – zarządził Paweł, otarłszy usta.
-        Dom, Paweł! – zawołała Ola.
-        Hm? – Odwróciliśmy się do niej, a ona skinęła w stronę wejścia.
Spojrzałem w tamtą  stronę. I nagle mnie zamurowało.
Marti była pomalowana jak jeszcze nigdy. Nie to, że mocno. Widać było, że musiała spędzić trochę czasu, by tak podkreślić urodę naturalnie pięknych oczu i ust, oraz spiąć i uczesać włosy.
Miała na sobie czerwoną, jedwabną sukienkę, która ledwo sięgała połowy uda. Dekolt też pokazywał więcej, niż powinien. Całości dopełniały czarne buty na obcasie, które jeszcze podkreślały apetyczny kształt jej nóg.
U jej boku szła najdoskonalsza kopia Justina Biebera jaką udało mi się w życiu zobaczyć. Miał na sobie dżinsy z cekinami, biała koszulę i lśniącą kamizelkę a la Michael Jackson. Włosy, choć krótkie, zaczesał w jakieś dzieło sztuki nowoczesnej. Lustrzane rajbany i lśniące srebrem buty tylko dopełniły dzieła.
Mechanicznym ruchem wlałem w siebie szota.
Widziałem, jak gadają z Arturem i o coś pytają, a on wskazuje w naszą stronę. Marti patrzy na nas, po czym bierze tego typa za rękę i rusza w naszą stronę.
-        Paweł – Uśmiechnęła się Marti, a mój przyjaciel wstał ze stołka.
-        Marti – Uśmiechnął się i przytulił ją.
-        Pozwól, że przedstawię ci Mike’a – wskazała na Biebiera, który uścisnął dłoń Pawła, mówiąc jakimś falsetem coś w rodzaju ,,Wszystkiego najlepszego”. Patrzyłem, jak wręczają mu płytę zespołu Van Halen, wlewając w siebie kolejnego shota. Wraz z wódką zdecydowaliśmy, że żeby to przetrwać, musimy połączyć siły. Zaczynałem czuć miłe ciepło, wypełniające mnie od środka.
Miałem nadzieję, że Marti będzie miała dość klasy, by się ze mną nie przywitać.
Myliłem się.
Podeszła do mnie uśmiechnięta a ja starałem się unikać jej spojrzenia, bo wiedziałem, jak łatwo wyczytać z moich oczu moje myśli.
-        Hej – Nim się obejrzałem, pocałowała mnie w policzek miękkimi, wilgotnymi wargami.
-        Mike – Uśmiechnął się do mnie jej chłoptaś, wyciągając dłoń. Nie zdziwiłbym się, gdyby typ wystawił mi sygnet do pocałowania.
-        Dom – powiedziałem krótko, ściskając jego rękę.
Marti skinęła mi jeszcze, po czym wzięła Mike’a za rękę i ruszyła z nim na parkiet.
Odwróciłem się do baru i poprosiłem o kolejnego szota.
Ola spojrzała na mnie pytająco.
-        Kurwa mać – podsumowałem swój związek z Marti, ją samą, jej obecnego chłopaka i całe to pokolenie swagersów-hipsterów, mentalnie będących wiecznymi gimnazjalistami.
Ola pokiwała głową ze zrozumieniem. Wziąłem alkohol do ręki i skinąłem nim w jej stronę. Ona uniosła butelkę piwa, zezwalając mi tym samym na wypicie mego trunku. Robiło się coraz cieplej. Po kolejnej kolejce postanowiłem pójść zapalić.
Gdy wyszedłem w uszach dalej mi dzwoniło. Wciąż słyszałem tą imprezową, chorą muzykę i widziałem Marti.
Za pomocą nikotyny pomogłem alkoholowi dostać się do mojego mózgu, po czym wróciłem na salę. Poszedłem prosto do baru.
-        Jeszcze jednego – poprosiłem, chamsko wpatrując się w cycki barmanki.
-        Nie starczy ci? – spytała Ola podejrzliwie, przerywając rozmowę z jakąś koleżanką.
-        Nie – odpowiedziałem szczerze, po czym odebrałem szota, skinąłem nim w stronę Oli i wypiłem z zamkniętymi oczami. Przestawałem już czuć smak alkoholu. Nie było źle. A może właśnie było.
-        Może zrobiłbyś sobie przerwę, co? – zasugerowała.
-        Przed chwilą poszedłem na fajkę – wyjaśniłem.
-        Dom, słuchaj… – Westchnęła, poprawiając rozpuszczone, jasne włosy, które wpadały jej na twarz. – To jest osiemnastka twojego przyjaciela, powinieneś się dobrze bawić…
-        I bawię się dobrze! – Wymusiłem uśmiech i odwróciłem się do cycków. Znaczy – do barmanki. – Jeszcze jednego!
Chwyciłem szkło i uniosłem je lekko.
-        Ich zdrowie – skinąłem w stronę Marti i Mike’a, po czym wlałem w siebie alkohol. – Właśnie, gdzie jest Paweł?
Ola wzruszyła ramionami, wyraźnie niezadowolona szybkością i ilością spożywanego przeze mnie alkoholu.
-        Poszedł do DJ’a – powiedziała dziewczyna siedząca obok Marti. – Załatwić, żeby puścili jakiś kawałek Limp Bizkit bodajże.
-        Limp Bizkit! – Ucieszyłem się, zeskakując ze stołka. Uwielbiam ich.
Zatoczyłem się, podparłem blatu i ruszyłem w stronę konsoli DJ’a przy której rzeczywiście udało mi się dopatrzeć Pawła.
-        Paweł! – Ucieszyłem się na jego widok. – Co zapuścisz?
-        Break Stuff chyba. A, właśnie, patrz co dostałem od Arka – mówił, podnosząc z ziemi Smirnoffa – masz, napij się.
-        Chętnie! – powiedziałem, po czym zrobiłem duży łyk. Równie dobrze mogła to być woda.
Kołysałem się na parkiecie, a z głośników rzeczywiście zaczęły sączyć się riffy Wesa Portlanda. Kawałek rozkręcał się. Ludzie tańczyli w plątaninie świateł, której zależności fizyczne nie do końca byłem w stanie zrozumieć. Wszystko mi się trochę rozmywało. Nie za bardzo umiałem utrzymać równowagę.
Fred Durst zaczął krzyczeć z głośników o tym, czym tak naprawdę jest zły dzień. Muszę powiedzieć, że musiałem znaleźć się na tym parkiecie, sam, napruty jak świnia, patrząc na Marti i Mike’a tańczących razem i robiących do siebie maślane oczy, by w pełni zrozumieć sens tej piosenki.
Jakimś cudem dotarłem do baru. Chciałem zamówić drinka, ale Ola chwyciła mnie i pociągnęła w stronę wyjścia.
-        Ej, ale ja naprawdę napiłbym się jeszcze – mówiłem.
-        Nie, musisz zrobić sobie przerwę – powiedziała, wychodząc ze mną.
Opadłem ciężko na schody przed klubem. Sięgnąłem po papierosy.
-        Daj mi jednego – zarządziła.
Poczęstowałem ją. Zapaliła, po czym widząc moje zmagania z zapalniczką i mnie pomogła zapalić. Zaciągnąłem się. Od razu lepiej.
-        Więc – Ola kucnęła obok mnie – naprawdę kochasz dziewczynę, która zachowuje się w ten sposób? Która w ogóle cię nie szanuje? – spytała, patrząc na mnie. Jej głos odbijał się w mojej głowie dziwnym echem.
-        Komiczne, prawda? – parsknąłem. Niebo dziś było wyjątkowo rozgwieżdżone. Drogą  przy klubie przejechał samochód. Odwróciłem się za nim.
-        Powiedziałabym, że tragiczne. Ale Dom – walnęła mnie w ramie i zrobiła smutną, uroczą minkę. – nie możesz pić na smutno.
-        A co mogę robić? – spytałem wyjątkowo trzeźwo, patrząc na drzwi klubu. Ciekawe, czy w każdej takiej tryskającej muzyka oazie zabaw komuś pęka serce…
-        Baw się Dom, twój przyjaciel ma urodziny, a twoja była okazała się niewarta ciebie, rozumiesz? – mówiła, siadając obok mnie.
Zaciągnąłem się porządnie i westchnąłem.
-        A do tego wszystkiego, wiesz Ola, jak jest… – stwierdziłem.
-        W sensie?
-        Nie mam cienia.
-        Ah, pierdol już ten cień! – powiedziała gniewnie. – Dom, naprawdę, mam dość tłumaczenia ci, że bycie innym niż wszyscy to nic złego! Naprawdę mam to tłumaczyć tobie – artyście?
Wziąłem jeszcze jednego bucha. Palony filtr kuł w gardło. Wyrzuciłem niedopałek i spojrzałem na nią smutno.
-        Ja to doskonale rozumiem – wycedziłem pijackim falsetem, wzruszając ramionami. – Wytłumacz to lepiej… Nie wiem, może reszcie świata?
-        Dom, przestań!
-        Co: przestań? – jęknąłem.
-        Myślisz, że jesteś jedynym człowiekiem na świecie, który nie ma cienia? Są inni! I jakoś z tym żyją. Jestem tego pewna!
-        Jak mogą żyć z tym, że są niekompletni? – spytałem już trzeźwiejszym głosem.
-        Dom, cień to fakt. Tak samo brak cienia. Kompletny jesteś dopiero, gdy to zrozumiesz. A teraz wracajmy, dobrze?
-        Tak – powiedziałem, wstając chwiejnie. – Dzięki.
-        Nie ma za co. – Uśmiechnęła się, pomagając mi iść.
Weszliśmy. Leciał kolejny kawałek Limp Bizkit. Zapewne coś, co DJ określił ówcześnie jako ,,coś dla zakochanych”. Był to kawałek, który rozpoznałem jako Build a Bridge. Piękny i spokojny.
Build a bridge to your mind – śpiewał Durst z głośników. Większość ludzi na parkiecie dobrała się w pary i tańczyła powoli, przytulając się, wchłaniając wzajemne ciepło i uczucie. Ci, którzy takiej pary sobie nie znaleźli, siedzieli przy barze.
Zobaczyłem Marti z Mike’iem. I Pawła, z jakąś dziewczyną, której nie znałem.
-        Może… – zaczęła Ola, ale podbiegły jakieś jej przyjaciółki i zaczęły mówić do niej, jedna przez drugą. Nawet nie słyszałem o czym. Poszedłem do baru. Miałem wrażenie, że barmanka zrobiła się jeszcze seksowniejsza.
Zamówiłem kolejną wódkę. Dziewczyna spojrzała na mnie podejrzliwie, ale spełniła zamówienie. Wypiłem, ledwie dostałem alkohol do ręki. Poprosiłem o jeszcze.
-        Czyżby złamane serce? – spytał ochrypłym głosem typek nieco starszy ode mnie, siedząc przy barze i odstawiając kolejnego szota. Miał na sobie brązową marynarkę i białą koszulę. Wyglądał na smutnego człowieka.
-        Tak – odparłem. Widziałem jednak, że mu to nie starczy. – Ta w czerwonym – skinąłem – to moja była.
-        Mhm – stwierdził tamten. – Piękna. Hej, skarbie, poproszę szota dla tego człowieka, na mój koszt – zwrócił się do barmanki.
Dziewczyna zrealizowała zamówienie obojętnie. Była barmanką, złamane serca widywała na co dzień.
-        Ty też? – spytałem tamtego typa.
Pokiwał twierdząco głową, a ja westchnąłem. Chłopak uniósł szkło, otrzymawszy zamówienie. Podał mi mój trunek.
-        Napijmy się – zarządził.
-        Napijmy – potwierdziłem.
I wlaliśmy w siebie alkohol.
-        Marcin – przedstawił się tamten.
-        Dom – Uścisnąłem jego dłoń.
Siedzieliśmy tak chwilę, wchłaniając tą smutną muzykę.
-        Marcin? – powiedziałem w końcu.
-        Tak?
-        Czy to słuszne?
-        Co? – spytał.
-        Upijanie się. Czy to jakkolwiek leczy duszę?
-        Nie, Dom. To jeszcze bardziej komplikuje sprawy – powiedział tamten.
-        To dlaczego pijemy na złamane serca?
Marcin przyjrzał się pustej setce z przymrużonymi oczami, po czym spojrzał na mnie spojrzeniem człowieka, który nie chce przyznać się do błędu.
-        Bo jesteśmy słabi – odpowiedziałem za niego.
Marcin długo patrzył na mnie w milczeniu.
-        Wypijmy za naszą słabość – powiedział w końcu.
I wypiliśmy.
W końcu, gdy z głośników na powrót zaczęła sączyć się chora muza imprezowa, wstałem od baru i ruszyłem w stronę parkietu, by choć na chwilę stać się jednym z nich. Jednym z przedstawicieli szarej masy. Nic nie znaczącym trybem w maszynie, który nawet nie musi myśleć za siebie.
Podziwiałem szaleńczy taniec Marti i Mike’a. W tłumie odnalazłem Olę. Złapała mnie za szyję. Tańczyliśmy.
Muzyka wdzierała się we wszystkie zakamarki mojego mózgu, ociekając komórkobójczym basem. Tłum podskakiwał, czując ten chory rytm. Alkohol dodawał ludziom odwagi. Wszyscy byli otwarci, prawdziwi, szczerzy, a więc i głupi.
Ola trzymała mnie. Tańczyliśmy.
I… I ja… Chyba upadłem…
Obudziłem się w moim łóżku. W żołądku coś mi pulsowało i to definitywnie nie było serce. Nie wiedziałem, czy bardziej skupić się na tym, na świetle, które przez oczy rozsadzało mi mózg, czy na Saharze na moim języku.
Zasłoniłem oczy i chwiejnym krokiem poszedłem do łazienki. Było kurewsko zimno. Głowa mi pulsowała. Odkręciłem kran i piłem łapczywie. Potem poczłapałem z powrotem do łóżka. Znalazłem telefon w pościeli. Była trzynasta dwadzieścia. Od razu wybrałem numer Artura.
Czekałem, aż odbierze, starając się ignorować ból i treść żołądka, pragnącą na własną rękę zwiedzić świat.
-        Dom, żyjesz, a to niespodzianka! – odebrał zachrypniętym głosem.
-        Art, musisz mi powiedzieć co się wczoraj stało! – powiedziałem na dzień dobry. – Bo chyba urwał mi się film.
-        Chyba tak – usłyszałem drwinę w jego głosie. – Od kiedy?
-        Nie wiem. Mów co wiesz.
-        Cóż, pamiętam cię na parkiecie. Przytulałeś się z Olą chyba. A, właśnie, nie boli cię głowa? – spytał.
-        Boli. Powinna?
-        No nieźle grzmotnąłeś w ziemię – przyznał Art. – Potem Ola wzięła cię na zewnątrz. Tam podobno sobie trochę żygnąłeś. Tak czy inaczej w pół godziny doprowadziła cię do stanu używalności…
W miarę, jak Art mówił, obrazy zaczęły pojawiać się w mojej głowie. Siedziałem z Olą przed klubem. Obejmowała mnie, krzyczała na mnie, mówiła mi różne rzeczy.
-        …wpakowała mnie do taksówki i wysłała do domu – dokończyłem za niego.
-        O, pamiętasz?
-        Teraz sobie przypomniałem – przyznałem, oglądając swoją koszulkę. Nie nosiła śladów żygowin. Dobrze jest.
-        Tak czy inaczej – powiedział Art – dałeś niezły popis.
-        Super.
-        Daj spokój – Odchrząknął. – Czasem trzeba schlać się do nieprzytomności, prawda?
-        Tia. Dobra, mam plan działania, zadzwonię do ciebie wieczorem, ok?
-        Jasne. Możemy skoczyć na piwko.
-        Pierdol się – pożegnałem go z uśmiechem i rozłączyłem się.
Stanąłem tak na środku swojego pokoju, w samej koszulce i bokserkach i zastanawiałem się, czy mój plan w ogóle ma jakiś sens.
Dwie godziny później siedziałem już na ławce w centrum. Pozwoliłem, by wiatr rozwiewał moje włosy i otrzeźwiał myśli. Okulary przeciwsłoneczne otrzeźwiały moje spojrzenie, a tona gum do żucia – oddech. Siedziałem tak w płaszczu i troszkę umierałem na tej ławce, ale czego się nie robi dla wyższych celów, prawda?
Oglądałem miasto, przechodzących ludzi i przejeżdżające samochody. Zawsze lubiłem patrzeć na ludzi. Zastanawiało mnie, jak pod jedną kategorię – człowiek – można przypisywać tak różne istoty.
Siedziałem tak, patrzyłem i czekałem. Tak jakbym liczył na to, że mój cień będzie tu sobie ot tak wędrował i że nagle, po osiemnastu latach go tu odnajdę. Nie umiem tego wyjaśnić, ale tak właśnie się czułem.
Wtedy zobaczyłem ją. Szła w moją stronę w grubych, czarnych spodniach dresowych i zielonej bluzie z kapturem. Włosy miała jak zwykle rozpuszczone. Wstałem i pomachałem jej ręką.
-        Ola… – powiedziałem szeptem i pocałowałem ją w policzek.
-        Dom… Cieszę się, że wszystko w porządku – przytuliła mnie.
-        W jak najlepszym – Objąłem ją.
Ruszyliśmy w stronę parku. Nieświadomie. Dzień był dziś ładny i słoneczny. Lekki wiaterek rozwiewał poły mojego płaszcza. Szliśmy obok siebie,  ciesząc się wzajemnym towarzystwem.
-        Słuchaj, Ola… – zacząłem.
-        Tak?
-        Chciałem ci podziękować…
-        Ale nie ma za co, Dom. – Uśmiechnęła się. – To był mój obowiązek.
Spojrzała na mnie. Jej wzrok rozgrzewał serce.
-        Jest, Ola… Serio. Nikt mi tak nie pomógł, a przy tym nikt  n i g d y  nie dał mi tak do myślenia. I nikt  n i g d y  mnie tak nie zainspirował.
-        Mówisz? – Uśmiechnęła się. – No już, starczy…
-        Nie, nie starzy – powiedziałem. – Mam coś dla ciebie. – Sięgnąłem do kieszeni, a ona spojrzała na mnie zaciekawiona. Wtedy właśnie znaleźliśmy się przy wejściu do parku. Zatrzymaliśmy się przy pierwszej ławce, a ja wręczyłem jej kawałek papieru.
-        To twoje? – spytała, widząc wiersz.
-        To dla ciebie – odparłem, kiwając potakująco.
Ola spojrzała na papier i zaczęła czytać.

Bierni Marzyciele Nocy

melancholijna czerń otula niebo
a w umysłach rodzą się nam marzenia
by jutro rozświetlić gwiazdy w naszych oczach

każdego jutra opłakujemy tych
którymi mogliśmy się obudzić
my bierni marzyciele nocy
koślawo kreślimy prozę jutra

rzuć to w niepamięć
czas nauczyć się poezji życia
wiedz że ma ona działać nie zdobić
o czymkolwiek myślisz czytając te słowa
teraz jest czas aby to zrobić

-        To… – Wstała i spojrzała mi w oczy. – To jest niesamowite, dziękuję…
-        Nawet nie wiesz co dla mnie zrobiłaś – powiedziałem szczerze.
-        Nawet nie wiesz ile ty dla mnie zrobiłeś – odparła. – Słuchaj, czy mogę zinterpretować końcówkę twojego wiersza dosłownie?
-        Ona jest dosłowna…
Objęła mnie. Złączyliśmy wargi. Poczułem, jak śmieje się, tak rzadkim u ludzi śmiechem. Śmiechem oznaczającym wyłącznie czystą radość. I tak całowaliśmy się w parku, zmieniając swoje życia. Odrywając na sekundę usta od jej ust spojrzałem na ziemię obok nas, na której powinny znajdować się nasze cienie.
Nie było ani jednego cienia. Spojrzałem na nią uśmiechnięty, a ona potwierdziła skinieniem. ,,Myślisz, że jesteś jedynym człowiekiem na świecie, który nie ma cienia? Są inni! I jakoś z tym żyją. Jestem tego pewna”. – przypomniałem sobie jej słowa.
Widać przez całe życie szukałem nie tego co trzeba.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz