sobota, 29 października 2016

Ubytek w rzeczywistości



Opowiadanie zostało opublikowane i oprawione graficznie na portalu SpidersWeb.com. (Przejdź do opowiadania na spiderswebie tutaj)


Mam szesnaście lat, co według większości jest zbrodnią samo w sobie. Mógłbym powiedzieć po prostu, że liceum to dla mnie czas rzygania po wódzie i ruchania lasek. Niestety prawda jest okrutniejsza. Ten czas jest dla mnie odnalezieniem drugiej strony medalu wszystkich wspaniałości odkrytych jeszcze za czasów gimnazjum. Odkryciem, że napis ,,Ten wyrób może zaszkodzić Twojemu zdrowiu i powoduje uzależnienie’’ nie jest tak naprawdę ,,pierdoleniem’’ jak zwykłem mawiać. Ale chuj z tym.
Zdarza mi się czasem rozmawiać z frajerami wszelkiej maści, którzy pytają ,,czy nie sądzisz, że dałoby się żyć bez papierosów, alkoholu, narkotyków i seksu przedmałżeńskiego?’’. Najczęściej odpalam wtedy szluga i patrzę im głęboko w oczy. ,,Dałoby się’’ – mówię. – ,,Tylko kurwa po co?’’
Mam szesnaście lat. Ten wspaniały okres życia już się nie powtórzy, więc się bawię. Straszne, nie? A wcale nie jestem taki niepoukładany. Mówiłem Wam już, że mam dziewczynę? Nazywa się Ania i jest cholernie piękna. Całuje tak, że można zapomnieć o świecie. Jesteśmy razem od niemal roku. Na początku ludzie dziwili się, patrząc na mnie. ,,Jak to? To Raweja nie będzie ruchał randomowych lasek?’’. ,,I tak będzie’’ twierdzili inni. Ach, wyjebane mam na te wszystkie opinie.
Park Chorzowski najczęściej stanowi miejsce moich czwartkowych spotkań z Anią. Tak było i tym razem. Przyszedłem trochę wcześniej. Otuliłem się płaszczem i, przeklinając pogodę, usiadłem na ławce. Zapaliłem papierosa. Ania tego nie lubi, fakt, ale nie paliłem od końca lekcji, a w razie czego miałem chyba jeszcze pół paczki gum.
Zaciągnąłem się dymem. Od razu lepiej.
-        Hej. – Usłyszałem zza siebie. Przekląłem w duchu, bo było za późno by niepostrzeżenie wyrzucić fajkę i wziąć gumę.
-        Cześć – odpowiedziałem, wstając. Miała na sobie tą fajną kurtkę, którą jej kiedyś dałem. Uśmiechnąłem się, bo wyglądała pięknie i komponowała się z otoczeniem. Jej blond włosy, opadające na czerwoną kurtkę, na tle żółtych i pomarańczowych liści, którymi usłany był calusieńki park.
Podeszła do mnie pocałowała mnie w usta, mimo smrodu fajek. Wspominałem już, że jest wspaniała? Wplotłem dłoń w jej włosy. Nawet do pocałunku nie zdejmowała okularów, które wręcz dodawały jej urody.
Usiedliśmy.
-        Rozmawiałam z Dawidem – powiedziała. Wyczułem kłopoty.
-        I? – zagadnąłem, w nadziei, że Dawid kazał mnie pozdrowić.
-        Opowiedział mi jak wyglądała impreza u Alexa. – Uśmiechnęła się smutno, a nadzieja poszła w pizdu. Och, Dawid, jebany skurwysynu. – Opowiadał jak to poszliście w kilka osób z Alexem do pokoju, po czym wciągnęliście sobie po kreseczce, by potem rozwalić telewizor gospodarza i…
-        Nieprawda, ja potem byłem grzeczny – powiedziałem zgodnie z prawdą. Ze zjebaniem telewizora nie miałem nic wspólnego. O ile dobrze pamiętam.
-        Och, to przepraszam panie ,,skończyłem z tym i już nie biorę’’. – Spojrzała na mnie z wyrzutem. – Poza tym Dawid powiedział kto konkretnie miał ze sobą fetę. I co teraz powiesz?
Westchnąłem i spojrzałem na czubki swych butów. Podświadomie byłem pewien, że nie zdołam jej przekonać, iż nie ma nic złego w wciągnięciu sobie czegoś od czasu do czasu. Przynajmniej nie jestem już od tego gówna uzależniony. Jednak mam to do siebie, że nie za bardzo lubię odpuszczać i nie nadużywam słowa ,,przepraszam’’.
-        Ania… Nie chcę przez resztę życia być grzecznym chłoptasiem, pokutując za dawne chwile słabości – powiedziałem. Ania po porostu nie rozumiała. Nie mogłem mieć jej tego za złe. – Słuchaj, świat jest piękny i zanim zacząłem brać nie dostrzegałem wielu rzeczy… Ale skończyłem i wtedy jeszcze bardziej doceniłem to, co nam dano. To miejsce, które jest jakby dla nas stworzone, ciebie, życie… Ale czy to znaczy…?
-        Zawsze musi być jakieś ,,ale’’?
-        Aniu… – Byłem za głupi, by przyznać jej rację. – Słuchaj…
-        Nie Paweł, to ty mnie posłuchaj. Zbyt długo walczyłam, byś to rzucił. Obiecałeś mi coś, ja tobie też. – Spojrzała mi w oczy. – Wiem, że chcesz powiedzieć, że bierzesz czasem i że wcale nie wróciłeś do nałogu. Ale już raz udowodniłeś mi, że nie umiesz nad tym panować. Więc przestań. Przestań ćpać.
-        Nie rozumiesz… – odparłem głupio.
Ania wstała z ławki. Nachyliła się nade mną i położyła zmarzniętą dłoń na moim policzku.
-        Wszystko zależy teraz od ciebie – powiedziała. – Przyjdź do mnie jak tylko podejmiesz decyzję.
Odwróciła się i odeszła. Zastanawiałem się później co by było, gdybym poszedł wtedy za nią.
Nie wiedziałem przecież, że widzę ją po raz ostatni.

X    

W drodze do domu paliłem jednego szluga za drugim, wciąż myśląc o tym, że mogę do niej iść. Mogę zapukać do jej drzwi, przeprosić i powiedzieć, że już nie będę. Przecież ona ma rację. Przynajmniej po części. Rzeczywiście ostatnio przesadzam.
Wyszedłem z parku i spojrzałem na rozświetlone blokowiska Osiedla Tysiąclecia. Przejeżdżający samochód oślepił mnie. Światło wdarło się do mojego mózgu niespodziewanie głęboko. Po dwóch chwiejnych krokach opadłem na ławkę przy przystanku. Zmuliło mnie. Kiedy ostatnio coś jadłem? Nieważne. Byle tego nie zwrócić.
Do domu zostało już tylko kilka ulic. Ruszyłem więc powoli, trzymając się za brzuch. Coś było nie tak. Postanowiłem wspomóc się papierosem. Rozdygotanymi dłońmi sięgnąłem do paczki.
Włożyłem do ust papierosa. Sięgnąłem po zapaliczkę. Palec ześliznął się po metalowym kółku. I znowu.
Wgryzłem się w filtr i spróbowałem jeszcze raz. Zapaliczka upadła na ziemię. Nie dałbym rady jej podnieść. Jakkolwiek głupio by to nie wyglądało, szedłem dalej, zgięty wpół, z nieodpalonym szlugiem w zębach.
Przechodziłem przy garażach obok kilku obskurnych bloków, gdy usłyszałem tą muzykę. Brutalne polskie rapsy. Tak dawno tam nie byłem. Przecież nie mogę tam teraz iść… Na imprezie to co innego. W towarzystwie wolno się bawić, ale to nie to samo.
Skręciłem w stronę, z której dochodziła muzyka. Przy zejściu do podziemi stał gruby, potężny facet, którego nos upodabniał go do Voldemorta z naroślą na twarzy. Gestem pokazałem mu, o co mi chodzi. Grubas rozpoznał mnie. Odpalił mi szluga.
Zaczerpnąłem dymu i oparłem się o ścianę. Spojrzałem na niego z wdzięcznością. Zrobił krok w bok ustępując mi drogi. Zaciągnąłem się jeszcze raz, po czym wszedłem do środka.
Przywitał mnie bardzo swojski zapach fajek, szczyn i piwa. Na ścianach czarnymi mazakami wypisano wiele miłosnych wyznań, numerów do dziwek oraz poezję ulicy. Przy obskurnych stolikach siedzieli obojętni, znudzeni życiem ludzie, w milczeniu sącząc piwo, przyzwyczajonym do mroku wzrokiem narzekając na świat.
Jedynie siedzący w kącie grubas w garniaku kontrastował z otoczeniem. Buchał cygarem, śmiejąc się i obejmując dwie klejące się do niego dziwki, na oko niewiele ode mnie starsze.
Na całe szczęście mój żołądek był pusty, bo wzbogaciłbym tutejszy klimat o woń rzygów. Ściągając kolejne buchy, dotarłem do barmana.
-        Co podać? – spytał ochryple, wycierając szklankę.
-        Chciałbym… rozmawiać… z Chudym… - wybąkałem, parząc na niego porozumiewawczo.
Barman skinął niechętnie w kąt sali, gdzie kościsty, nieogolony mężczyzna popijał samotnie piwo. Oby jedno z pierwszych. Poczułem kurewski ucisk w gardle, ból brzucha był już nie do zniesienia. Jakimś cudem dotarłem do stolika Chudego. Obudziłem go z letargu, ciężko opadając na krzesło.
-        Dawno cię tu nie było, Raweja – powitał mnie. – Źle wyglądasz.
-        Daj… Daj mi… - Upuściłem kiepa.
-        Standardowo pięć gięta? – spytał, nieczuły na moje cierpienia.
-        Nie… Jeden… Albo pół… - starałem się mówić składnie.
-        Tak małych zamówień nie przyjmuję.
-        Mam… cztery dychy… Chudy… Cokolwiek…
-        Cokolwiek?
-        Tak…
Mężczyzna wyszczerzył pożółkłe zęby i sięgnął do torby. Wyjął sreberko, na widok którego ślina napłynęła mi do ust. Odpakował je, pokazując kilka białych tabletek.
-        Co to…?
-        Niby coś na bazie fety, ale lepsze – mówił Chudy z pasją. – Zrobił je mój znajomek. Mówią na niego Czarodziej. Przekonasz się czemu. Weźmiesz jedną, a zmartwienia znikają.
-        Ile…?
-        Cztery dychy – powiedział, patrząc na mnie zwycięsko. Nie miałem siły się oburzać. Byłem wręcz wdzięczny, rozstając się z pieniędzmi. Wziąłem gorzką tabletkę do ust i na chama popiłem ją piwem Chudego, na co ten prychnął z oburzeniem.
Podziękowałem skinieniem, po czym wstałem i ruszyłem do wyjścia. Lepiej, bym był już w domu, gdy narkotyk zacznie działać. Wyszedłem, nie odwracając się, z nadzieją, że chudy nie wcisnął mi jakiegoś gówna.
Szedłem ciemną ulicą. Ból stopniowo ustępował. A może o nim zapominałem? Zrobiło się nagle dziwnie jasno.
Świat pulsował. Wymiary zniknęły, czas stał się zawiesiną. Szedłem do domu, ale nie do tego co zawsze… To był inny dom. Inne Osiedle Tysiąclecia, inne Katowice, inna Polska, inny świat. Nigdy w nim jeszcze nie byłem. Ten świat… zdawał się być taki sam. Może właśnie dlatego się go bałem… A zarazem bałem się, że taki sam nie jest.
W widzie pierdolnęło mnie jeszcze bardziej. Właściwie nie wiem jak się w niej znalazłem. Było ciemno i jasno zarazem. Sucho, potwornie sucho w ustach. Wszystko działo się powoli.
Spojrzałem na swoje odbicie w pękniętym, brudnym lustrze, na którym wypisano rozmaity określenia na fanów GKS’u oraz ich matki. Lustrze z całkiem innego świata.
Odbijałem się w nim ja, tak potwornie niepasujący do otoczenia. Wszystko było obce. Czułem jak to wszystko mnie wypiera.
Wypadłem z windy. Chwiejnie dotarłem do swoich drzwi. Bałem się, że klucz nie będzie pasował. A jednak się udało. Wszedłem do swojego obcego mieszkania. Matki pewnie jeszcze nie było. Nie powinno jej być. Chuj z tym.
 Rzuciłem klucze na półkę, trzasnąłem drzwiami z pokoju. Zdjąłem płaszcz. Upadłem na łóżko.
I zasnąłem, zdany na łaskę obcego świata.

X    

Cały wczorajszy dzień przelał się przez mój umysł jak przez sito. Ania, kłótnia, melina, Chudy, narkotyk… Narkotyk…
 Rozejrzałem się. Wymięta paczka LM’ów leżała obok płaszcza. Doczołgałem się do niej. Wziąłem szluga do ust. Przewracając się na drugi bok znalazłem gdzieś zapalniczkę. Ufff… Od razu lepiej.
Zmusiłem się, by usiąść. Głowa bolała jak cholera. Kac mieszał się z flashbackami, które raz po raz wstrząsały moim umysłem. Miałem wrażenie, że coś jest kurewsko nie tak. Wstałem i skiepnąłem szluga, wdeptując popiół w dywan. Stanąłem przy oknie i odsunąłem żaluzje.
Światło pierdolnęło mnie po oczach, aż syknąłem i usiadłem na łóżku. Odszukałem na biurku dżokejkę i okulary przeciwsłoneczne. Spojrzałem na telefon, ale był padnięty. Westchnąłem, patrząc na zegar. Chciałem wiedzieć, czy opłaca mi się jeszcze iść do szkoły. Było dwadzieścia po ósmej. Lekcje miałem chyba na dziewiątą, w dodatku pierwsza historia, to można się spóźnić.
Wrzuciłem do plecaka ładowarkę i zeszyt. Ubrałem bluzę i wyszedłem z pokoju. Drzwi do sypialni matki były zamknięte. Cześć mamo, miłego kurwa dnia. Skiepnąłem na ziemię.
Ruszyłem powoli do szkoły. Chłód trochę mnie otrzeźwił. Na którą Ania ma lekcje? Właściwie to jaki jest kurwa dzień tygodnia? Piątek? Czemu ja kurwa w piątek idę do szkoły? Ech, pierdolę to, naładuję telefon, zadzwonię do Ani i pójdę sobie do niej. Na pewno mi wybaczy.
W końcu zobaczyłem tą wspaniałą instytucję, która przyprawiała mnie o mdłości. Wszedłem do budynku i ruszyłem pustym korytarzem. Znalazłem odpowiednią klasę i wszedłem do środka.
-        Witam, panie Raweja – powiedział nauczyciel, patrząc na mnie zza kanciastych okularów. Widocznie zdziwiła go moja obecność. – Proszę zdjąć czapkę i usiąść.
-        Już, tylko telefon podepnę – odburknąłem, zatrzymując się przy kontakcie. Wpiąłem ładowarkę i usiadłem w ławce. Zdjąłem czapkę, ale okularów zdjąć nie mogłem, było za jasno. Oparłem się o ławkę i usiłowałem słuchać pierdolenia o Mussolinim.
-        Coś kiepsko wyglądasz. – Zachichotał Mrówa, szturchając mnie.
-        Nawet mnie nie wkurwiaj. Z dziewczyną się pokłóciłem – wyjaśniłem. Co prawda moja wspaniała klasa to w większości frajerzy, ale akurat Mrowińskiego uważałem za równego gościa.
-        To ty masz dziewczynę? – zdziwił się.
Myliłem się. Kazałem mu się pierdolić.
W końcu telefon raczył się włączyć. Wrzuciłem ładowarkę do plecaka i wyszedłem z sali. Wyszukałem numer Ani.
Nie znalazłem go.
Zakląłem i spróbowałem poszukać w historii połączeń. Przecież wczoraj z nią gadałem. I nic, żadnego połączenia z Anią. Coś było nie tak. Coś było kurewsko nie tak.
Wybiegłem ze szkoły. Zapaliłem szluga, po czym sprawdziłem telefon  ponownie. Jakim cudem nie miałem jej numeru? Szedłem w stronę jej szkoły. Dotarłem tam w kilkanaście minut. Stanąłem przed wejściem i oparłem się o ścianę, uspokajając oddech. Wszedłem do środka. Miałem szczęście. Akurat była przerwa.
Przedzierałem się przez śmierdzący tłum pierdolonych gimbusów, by w końcu odnaleźć przyjaciółkę Ani. Magda gadała akurat z jakimiś gościem. Popchnąłem frajera, tak że wyjebał mordą o szafkę.
-        Co jest z Anią? – spytałem na powitanie. – Jest dziś w szkole?
-        Co ty…? – zdziwiła się, patrząc jak opierający się o szafki gimbus patrzy na mnie zdezorientowany.
-        No kurwa jest, czy nie!?
-        Zależy o jakiej Ani mówisz…
-        O mojej Ani! – Wrzasnąłem jej w twarz. – O Ani Wodnickiej, tej która nosi taką samą bransoletkę! – Szarpnąłem dziewczynę za rękę. Spojrzałem na jej nadgarstek. Bransoletki nie było. – A to co kurwa ma być? Pożarłyście się czy jak!?
-        Kim ty jesteś? – spytała. Ludzie zaczynali powoli patrzeć się na nas dziwnie. Frajer który wcześniej gadał z Magdą patrzył na mnie jakby chciał mnie walnąć, tylko tata mu nie pozwalał.
-        Paweł Raweja, ten zły Raweja! Ten, którego tak bardzo nie lubisz, no kurwa mać, ogarnij się! – wrzasnąłem.
Ktoś złapał mnie za ramię. Odwróciłem się. Gość był mojego wzrostu, dość chudy. Walnął w policzek, z zaskoczenia. Jak baba. Zrzucił mi okulary.
Zatoczyłem się lekko. Schyliłem się, masując policzek. To wystarczyło, by ten ciul poczuł odrobinę litości. By zaczął się zastanawiać czy aby nie przesadził. Widziałem go już kilka razy jak przychodziłem po Anię. Nigdy mi się nie podobał.
Ludzie zaczęli nas otaczać. Kibicowali tamtemu. On patrzył na mnie złowrogo, podchodząc. Odwinąłem się. Walnąłem od dołu w nos. Poprawiłem sierpowym w szczękę. Złapał się za twarz, a ja wściekle kopnąłem go w jaja. Zgiął się wpół. Wtedy chwyciłem jego głowę i nabiłem go twarzą na moje kolano. Aż mi coś w nodze łupnęło.
-        Hej, co się tam dzieje!? – usłyszałem jakiś skrzeczący głos. Pewnie nauczycielka.
Gimbus leżał na ziemi, jęcząc. Spojrzałem jeszcze na Magdę złowrogo, po czym odwróciłem się i zacząłem biec przez korytarz. Odwróciłem się raz, by zobaczyć jak zbierają go z ziemi. Należało się chujowi.
Pędziłem do jej domu. Przebiegłem przez park, mijając ludzi. Wróciło wczorajsze uczucie. Chciało mi się rzygać. A poza tym wszystko było… obce.
W końcu dotarłem na miejsce. Upadłem na kolana.
Domu Ani nie było.
Co się kurwa dzieje? Co to ma kurwa być? Przecież jeszcze wczoraj… Wczoraj z nią rozmawiałem. Poczułem, jak łzy napływają mi do oczu. Upadłem na czworaka i zwymiotowałem, głównie śliną i żółcią. Usiadłem, łkając i drżącymi rękami sięgnąłem po papierosa. Cudem udało mi się go odpalić.
Podszedłem do drzewa, które rosło tam, gdzie powinien stać dom mojej ukochanej. Uderzyłem w nie pięścią, rozcinając sobie palec. Kurwa. Co się dzieje?
Pobiegłem dalej przez park. Wypadłem z niego na ulicę. Przebiegłem bez oglądania się.
Coś mnie podcięło. Wpadłem na maskę czerwonej Skody, przeturlałem się przez dach i wyrżnąłem o ziemię. Poczułem smak krwi, ale pozbierałem się. Poszukałem na ziemi mojego papierosa. Nie znalazłem go. Zakląłem, nazwałem idącego w moją stronę kierowcę pojebańcem, po czym ruszyłem biegiem na osiedle.  
Do biura podróży w którym pracowała matka wpadłem jak burza. Jak zwykle nie było klientów. Spojrzałem na siedzącą przy komputerze kobietę. Pomyślałbym, że układa pasjansa, ale to by ją przerosło.
Dlatego tak nienawidziłem swojej twarzy. Byłem do niej bardzo podobny.
-        Mamo! – przemogłem się. Nie nazywałem jej tak od lat.
Spojrzała na mnie zdziwiona.
-        Pamiętasz Anię, prawda? – spytałem, starając się brzmieć miło.
-        Kogo? – spytała.
-        Ach… Pierdol się! – krzyknąłem, po czym trzasnąłem drzwiami.
Biegłem przez blokowisko, potem obok garaży. W końcu dotarłem do celu. Hip-hopowa muza przywitała mnie już z daleka. Bramkarz zszedł mi z drogi. Wpadłem do meliny. Chudy siedział przy tym samym stoliku, co wcześniej.
Doskoczyłem do niego i strąciłem piwo na ziemię.
-        Co jest kurwa!? – wrzasnął, wstając.
-        Co ty mi wczoraj dałeś!?
-        Nie wiem, mówiłem ci, że to coś nowego! Wypierdalaj ode mnie! – Wkurwił się.
-        Chcę… – powiedziałem, czując, że zaraz zwymiotuję. Łzy cisnęły mi się do oczu. – Chcę rozmawiać z tym gościem, co to zrobił! Mówiłeś, że go znasz! Jak on się nazywał? Czarodziej! Chcę z nim rozmawiać!
-        Super, a ja chcę, żeby Emma Watson zrobiła mi loda. Wypierdalaj.
Był trochę wyższy ode mnie, ale popchnąłem go, po czym chwyciłem go za gardło. Odepchnął mnie. Wtedy z rozmachu walnąłem go w skroń.
-        Rysiek! – wrzasnął barman. Nie trzeba było. Bramkarz już przy mnie był. Zdawało mi się, że ledwo mnie tknął, a wyrżnąłem o ścianę i upadłem w kałużę piwa. Grubas chwycił mnie za fraki i postawił na nogi.
-        Chcę rozmawiać z Czarodziejem! Ten skurwysyn zniszczył mi życie! Gdzie on kurwa jest!? – krzyczałem.
-        Zamknij mordę, młody! – warknął Rysiek.
-        Rysiu! – Usłyszałem, a wykidajło zatrzymał się. To był ten sam mężczyzna, który wczoraj siedział w kącie zabawiając się z jakimiś panienkami. Teraz siedział tam sam, paląc cygaro i śmiejąc się. – Przyprowadź go tu proszę.
I tak znalazłem się obok grubego eleganta, który patrzył na mnie marszcząc brwi. Miałem wrażenie, że czerpał swoistą przyjemność z mojego cierpienia.
-        Pan jest… Czarodziejem? – zaryzykowałem.
-        Zgadza się – poczęstował mnie cygarem. Przyjąłem je ochoczo. Wciągnąłem dym, który uderzył mnie w płuca jak młot. Rozkaszlałem się. Wielka dłoń solidnie walnęła mnie w plecy, a grubas zarechotał gardłowo. Miałem wrażenie, że to było jak pozwolenie, by pies nawpierdalał się czekolady, by potem patrzeć jak męczy się ze sraczką.
-        Oj, chłopie, cygarem się nie zaciąga! – wyjaśnił.
-        To niby po co się je pali? – spytałem, patrząc na nie ze wstrętem.
-        By się zrelaksować – powiedział, robiąc kółko z dymu. – Jak się nazywasz?
-        Paweł Raweja.
-        I cóż cię do mnie sprowadza? – spojrzał na mnie, nawet nie próbując ukryć, że zna odpowiedź na to pytanie.
-        Wczoraj kupiłem u Chudego pańską tabletkę. I do wczoraj miałem dziewczynę… Która… Dziś jej nie ma. Jakby przestała istnieć… – powiedziałem, zdając sobie sprawę jak głupio musi to brzmieć. – Czy ten narkotyk… Ma możliwość wpływania na rzeczywistość?
-        Nie, nie ma w nim żadnej magii – powiedział z uśmiechem. – powiedzmy, że mój narkotyk trwale wzbogaca ludzką wyobraźnię. Uszczęśliwia. Sprawia, że zmartwienia znikają, a marzenia – spojrzał mi w oczy, uradowany swoją wyższością – stają się realne.
-        Ale wobec tego jak wyjaśnić…
-        Dziewczynę? To proste. Nigdy jej nie było. Marzyłeś o niej, bardzo chciałeś, by istniała. Cóż, i ten narkotyk tak właśnie zadziałał, ale widzisz – Zrobił kółko z dymu i uśmiechnął się szpetnie – jeśli chcesz jeszcze raz uznać ją za realną, pamiętać ją i szukać  jej… Jeśli chcesz o niej śnić jako o prawdziwej osobie, musisz kupić kolejną tabletkę…
-        Ale… – Poczułem wilgoć na policzkach. Dłonie zaczęły mi się trząść. Nie miałem czym rzygać. – Ale ja ją pamiętam… Ze szczegółami…
-        Tak, wiem, była piękna, mądra, troskliwa, kochana i niezawodna. Jak marzenie po prostu. – Zaśmiał się z własnego dowcipu. – To jak, bierzesz te tabletki, czy nie? W ogóle jeszcze tego nie nazwałem. Jak miała na imię ta twoja  d z i e w c z y n a ? Ochrzczę je jej imieniem!
Zerwałem się z miejsca i pobiegłem w stronę wyjścia. Potknąłem się na schodach. To nie mogła być prawda…
Wyszedłem. To była prawda. Nie było innego wyjścia. Usiadłem pod balkonem bloku. Łzy spływały mi po policzkach.
Wśród walających się śmieci znalazłem butelkę. Rozbiłem ją o beton. Wziąłem odłamek do ręki, po czym powoli i starannie podciąłem sobie żyły.


X    

Ania właśnie wchodzi do psychiatryka, by jak co czwartek zadawać te same pytania. Jak zawsze usiądzie w poczekalni i będzie obgryzać paznokieć, martwiąc się. Doktor Morsuki jak zawsze pojawi się po kilkunastu minutach. Jak zawsze poda jej rękę, a ona dygnie niezgrabnie. Ania od razu wyczuje, że coś się zmieniło. Że nie jest tak jak zawsze.
Doktor Moruski będzie długo milczał. W końcu jednak położy jej dłoń na ramieniu i zacznie mówić.
Powie jej o mnie, o moim martwym ciele, które leży w pokoju B3, nieprzytomnym wzrokiem wgapiając się w sufit. O moim martwym ciele, które leży w kałuży krwi i odłamkach szkła. Będzie ją pocieszał. Wspomni, że i tak nigdy już bym jej nie zauważył. Że nigdy nie wróciłbym do normalności. Może powie nawet, że dobrze się stało. Będzie miał rację.
Zapowiada się trudna rozmowa.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz