sobota, 29 października 2016

Teoria Względności



 Opowiadanie zostało opublikowane i oprawione graficznie na portalu SpidersWeb.com. (Przejdź do opowiadania na spiderswebie tutaj)
 _____________________________________________________________________________

Nie dość zagadkowy, aby miłość ludzką od siebie przepłoszyć, nie dość odgadnięty, aby mądrość ludzką uśpić: - człowieczą, dobrą rzeczą zdał mi się dziś świat, o którym tyle powiadają złego.
Fryderyk Nietzsche


Są takie chwile, gdy pragniemy stworzyć coś oryginalnego. Wtedy umysł człowieczy wytęża się do granic możliwości, a wyobraźnia ukazuje nam wytwory sztuki współczesnej. Pozbawione symetrii i kształtu. Bez sensu. My zaś wciąż poszukujemy właśnie kształtu i sensu. Pragniemy uwolnić umysły, by przeszukały świat, by znalazły prawdy warte zapamiętania i  opisania. A nawet gdy już je znajdujemy i widzimy oczami wyobraźni, wciąż pozostaje konieczność oddania rzeczy tak, by nie utraciły swego piękna.
Umysł Leny od wielu dni był na etapie poszukiwań. Poszukiwał budząc się. Poszukiwał do upragnionego momentu zamknięcia powiek ociężałych od trudów codzienności. Poszukiwał w snach, lecz te ulotne wizje, które pojawiały się przed jej oczami zaraz po otwarciu ich, znikały utopione w oceanie rzeczywistości, nim zdążyła dostrzec w nich jakikolwiek sens. Poszukiwał we wspomnieniach, gdy dziewczyna brała poranny prysznic. Jednak nawet zimna woda nie zmywała bariery. Wena wciąż nie nadchodziła.
Poszukiwał w książkach, w słowach znajomych, w zachowaniach ludzi mijanych na ulicy. Poszukiwał w muzyce i w narkotykach.
Szukała bez przerwy. Nawet podczas spotkania z członkami zespołu.
-        Nie ma się czym martwić – mówił z przekonaniem Szybki – basista, obserwując uważnie whiskey w swej szklance, jakby to w niej kryło się natchnienie. – To przyjdzie z czasem.
-        Nie ma pośpiechu – zapewniał Adi odgarniając z twarzy nieposłuszne włosy. Mówił tak, a sam skomponował już cały utwór włącznie z gitarową solówką i pracował obecnie nad kolejnym.
-        Jesteś najlepsza – dodawał Andrzej bawiąc się pałką perkusyjną.
Na twarzy Leny pojawiał się wtedy wymuszony uśmiech. Ogarniała wzrokiem pokój zatrzymując się na oknach. Zagracona kawalerka Adiego i cały świat poza nią wydawały się artystce szare i bez głębi.
Jej niewielki pokoik był jeszcze gorszy. Przytłaczająca pusta biła z każdego kąta, choć nieraz godzinami przesiadywała tam nad pustą kartką i bawiła się ołówkiem. Jednak jedynym co pozostawało na kartce, były słone plamy od jej łez.
Codzienne spotkania wcale nie podnosiły jej na duchu. Nie dość, że przynosiła zawód samej sobie i pojmowała coraz bardziej w jak negatywnym świecie żyje, to jeszcze zawodziła zespół.
Inni udawali, że nic się nie dzieje. Bawili się, pili, opowiadali kawały. Myśleli, że to pomoże. Wszyscy trzej zauważyli już, iż jest wyjątkowo źle, ale nie mówili tego na głos. Wciąż ją pocieszali.
Lena nie słuchała. Siadała w rogu kanapy i odpalała papierosa. Zaciągała się łapczywie, jakby rakotwórczy dym miał przynieść natchnienie jej ciału i umysłowi. Wypuszczała go i patrzyła na nich smutno, wzrokiem prosząc o przebaczenie.
Adi wciągnął kreskę kokainy, odetchnął głęboko, po czym znów chwycił za gitarę. Mówił, że to poprawi humory im wszystkim. Grał wprawnie, dziko. W oczach jego uwidaczniała się wtedy pasja, jakby struny szarpał duszą.
Andrzej uderzał w wirtualną perkusję, a gdy mieli dodatkowy piecyk, do gitarzysty przyłączał się Szybki, muskając struny i pieszcząc je, jakby bas był żywą istotą. Narkotyki potęgowały jego natchnienie i dodawały energii.
A Adi grał. Grał rzewnie. Tworzył klimat. Czasem przestawał, by łyknąć Danielsa prosto z butelki. Wtedy popisywał się Szybki. Zdawało się, że opowiada on swą gitarą kawały.
Lena patrzyła na nich wypalonym wzrokiem. Popiół z papierosa spadał na podłogę. Zaprzestali już próśb, by zaśpiewała. Nieraz wygłupiała się z nimi, wrzeszcząc bądź śpiewając sprośne kawały. Teraz jednak nie miała ochoty otwierać ust.
Odłożyła na chwilę szluga do popielniczki, by rozpuścić swe czerwone, gęste włosy. Wtedy zobaczyła, że Andrzej przysunął jej kartkę z kupką kokainy, kartą kredytową i zrulowanym banknotem dziesięciozłotowym. Podziękowała gestem. Nauczyła się już, że natchnienia nie można wciągnąć nosem, wypić ani wypalić.
-        Idę się przejść – obwieściła zrezygnowanym tonem, gasząc papierosa w popielniczce.
-        Może… - zaczął Szybki, ale gdy zobaczył jej spojrzenie ugryzł się w język.
Grając smutną melodię patrzyli, jak dziewczyna ubiera glany i wychodzi z mieszkania.

·          

W soboty w centrum Katowic zawsze coś się dzieje. I tego popołudnia, gdy większość ludzi kryła się w cieniu knajp i wąskich uliczek, ciągle można było usłyszeć o planowanych imprezach.
Ludzie wspólnie wspominali to, co minęło, a głośniejsza od nich była tylko melodia stukających o siebie kufli piwa, które opróżniano potem w toaście za przyszłość.
Lena patrzyła współczująco na tych. Co wierzyli w zbawienne moce alkoholu i wzajemnego towarzystwa. Jako artystka pisarka powinna wierzyć w magię tego świata.
Tego popołudnia nie potrafiła.
Przechodząc jedną z popularniejszych ulic zobaczyła siedzącą przy popękanym murku staruszkę. Kobieta z chustą na głowie mogła mieć nawet i sto lat. Klęczała i patrzyła na przechodniów błagalnie.
W plastikowym kubku można było dostrzec kilka połyskujących monet.
Lena westchnęła. Zamyśliła się nad losem starowinki. Czy nie miała ona w jej wieku równie wielkich ambicji? Co mogło sprawić, że tak skończyła?
Zrozumiała niepewność i kruchość losu człowieka. Pojęła, że sama może kiedyś skończyć jak ta staruszka. Niewykluczone, że będzie co dzień zabijać swą godność uniżając się przed przechodniami. Aż do śmierci.
Szła dalej widząc, jak inni nawet nie zamyślili się nad losem biednej kobiety.
Chciała zapomnieć o tym, co zobaczyła na ulicy i w swojej głowie. Podobnie chciała czasami potrafić znów uwierzyć w Boga. Taki los człowieczy, dążymy do zrozumienia rzeczy, a gdy już je pojmiemy, pragniemy powrócić do pięknej nieświadomości.
Wlekła się nie patrząc pod nogi. Ludzie patrzyli na nią jak na ćpunkę, a ona po prostu widziała prawdę. I, niestety, nic poza nią.
Straciła poczucie czasu. Dla jej ciała był to tylko spacer, ale dla umysłu – podróż życia.
Usłyszała krzyk. Odwróciła się. Zobaczyła, jak na dachu piekarni stoi człowiek w ciuchach roboczych i patrzy w dół, a pod opartą o budynek drabiną leży zwijający się z bólu mężczyzna. Nie było bardzo wysoko, ale wystarczyło, by mógł coś sobie złamać.
Ludzie przystawali, by podziwiać jego nieszczęście. Lena zaś odwróciła się i ruszyła dalej. Ci biedni ludzie nie rozumieją, że to może zdarzyć się każdemu. Życie jest jakby rzeźbą z porcelany. Tak trudno nadać jej kształt i piękno, a tak łatwo zniszczyć.
Mijała ludzi i patrzyła w ich oczy. Widziała tam tylko nieświadomość, którą uważali za brzemię. Ale Lena wiedziała, że niejednokrotnie niewiedza to dar. Mijani mężczyźni i kobiety w różnym wieku, przedstawiciele różnych zawodów i poziomów społecznych – wszyscy pochłonięci byli tym, co przyziemne. Problemami codzienności. A dla Leny to codzienność sama w sobie była problemem. Świat i jego szarość.
Nogi zaprowadziły ją na plac. Tam wszyscy przechodnie dokądś się śpieszyli, przytłoczeni przyziemnymi problemami. Inni odpoczywali w knajpkach, topiąc je w piwie i dzieląc się nimi ze znajomymi.
Na murku siedział młody chłopak. Lena zwróciła na niego uwagę, bo z początku wzięła go za kobietę. Zniewieściały młodzieniec miał pomalowane oczy i paznokcie. Nienaturalnie jasne włosy opadały mu na ramiona. Koszulka i rurki opinały jego chude ciało.
Niejeden przechodzień uraczył go wyzwiskiem bądź zaśmiał się na jego widok. Jemu jednak to nie przeszkadzało. Siedział uśmiechnięty i patrzył na świat. Lena stwierdziła, że wygląda i zachowuje się bardziej męsko niż on.
Takie czasy, męskość niegdyś wiązała się z honorem i odpowiedzialnością, a teraz męskim nazywa się ubranego w dresy i podkoszulek łysego faceta, którego pasją jest siedzenie przed telewizorem z piwem w dłoni.
Może więc zniewieściały chłopak jest nawet lepszy – stwierdziła mijając go. Uśmiechnęła się do napisu ,,palenie zabija’’ na paczce i odpaliła papierosa. Paląc czuła się, jakby używała aparatu tlenowego pod wodą. Potrzebowała tego. Odrobinę uspokajało i koiło zmartwienia. Nie dawało fałszywego uczucia radości ani nie zmieniało jej odbioru świata.
McDonald na ulicy Stawowej przypomniał jej, że od rana nic nie jadła. Wyrzuciła niedopałek i weszła na chwilę, by kupić hamburgera i puszkę coli. Usiadła na  murku przed knajpą i dalej obserwowała ludzi, a wraz z każdym mijającym ją człowiekiem w jej głowie pojawiała się kolejna refleksja.
Stwierdziła, że jeśli w ogóle uda jej się napisać tą piosenkę, będzie ona mroczna i smutna. Ale przynajmniej prawdziwa.
Wyrzuciła niedojedzonego hamburgera by zapalić kolejnego papierosa. I ruszyła dalej. Kilkanaście minut później zorientowała się, że doszła już pod sam Spodek. Przebiegła przez ruchliwą ulicę i poszła wzdłuż torów. Przechodząc obok zaułka zobaczyła, jak jeden chłopak popycha drugiego, młodszego, i przewraca go na ziemię. Trzeci kopie leżącego.
Napady, rabunki, porachunki – zrymowała w myślach i aż uśmiechnęła się smutno do pomysłu, by wykorzystać to w piosence. Agresja jest teraz na porządku dziennym. Młode umysły żywią się nienawiścią. Podnieca je przemoc. Na świecie co kilka sekund ktoś kogoś zabija.
Usiadła na przystanku gasząc papierosa. Pomyślała, że tramwajem może przejechać stąd kilka przystanków i przejść się po parku. Park jest miejscem zdecydowanie bardziej klimatycznym niż centrum miasta.
Czekając na tramwaj pogrążyła się w zamyśleniach, kątem oka widząc, jak dwie staruszki patrzą na nią i mówią coś do siebie. W sumie nic dziwnego, ich pokolenie uważa kolczyki w nosie za zło wcielone. A Lena miała kolczyk w nosie, a w uchu dwa. Do tego stylowo wygolone wcięcie przy skroni. Jej ubiór też przyciągał ich zainteresowanie. Czarny top z niemałym dekoltem, uwidaczniający brzuch i kolczyk w pępku. Spodnie krótkie, przewiązane paskiem z ozdobnymi kolcami, a do tego glany. Niejeden mężczyzna patrzył na nią i uśmiechał się dając wyraz zainteresowania.
W końcu tramwaj przyjechał. Była sobota, więc na miejsce siedzące nawet nie liczyła. Stanęła w dusznym wnętrzu przedziału. Gdy drzwi się zamknęły uderzył ją zapach potu.
Przez całą drogę dwie grupki młodzieży hałasowały na cały tramwaj, wygłupiając się i planując dzisiejszy dzień. Westchnęła przysłuchując się ich rozmowie. Zrzucali się na piwo. Wyglądali na około piętnaście lat.
Wróciła myślami do piosenki. A więc do pustki.

·          

Gdy opuszcza nas natchnienie czujemy się jakby odebrano nam część duszy. Odczuwamy pewnego rodzaju ból. Otaczający świat ze wszystkich sił pragnie nas zgnieść. Wejść do naszej głowy nie pozostawiając miejsca na myśli. Sprawiając, że istnieje tylko to, co pozorne.
Czujemy się jak najwięksi grzesznicy wśród wyznawców Sztuki. Niegodni Tworzenia. Wszelkie myśli o próbach szukania natchnienia zdają się być bezcelowe, bo istnieje tylko pozór i szarość, a jak można szukać natchnienia w pozorach. Na ten czas sztuka zamyka się w słowach, obrazach i kształtach, ale traci głębię i piękno.
Artur westchnął, zgniatając kolejną kartkę i wyrzucając ją na cmentarzysko złych pomysłów. Brak natchnienia dręczył go od prawie tygodnia. Spędzał godziny nad pustą kartką, a gdy już przykładał ołówek do papieru, pomysł natychmiast pryskał, albo tracił duszę i stawał się niewarty zapisania.
Patrzył wtedy do szuflady, w której leżały wszystkie jego wiersze, notatki, szkice i zeszyty. Na samej górze ułożona była równo jego pierwsza i jedyna wydana kiedykolwiek powieść. Zawsze uśmiechał się na ten widok.
Ale natchnienie nie nadchodziło.
Nieraz zdarzało mu się zachowywać paranoicznie. Robił sobie kanapki i pozwalał im wyschnąć, albo puszczał muzykę, by po kilku sekundach stwierdzić, że go dekoncentruje i ją wyłączyć. Nieraz zasypiał z głową na biurku. Ale sen też nie pomagał.
W końcu stwierdził, że musi zaczerpnąć świeżego powietrza. Nie zważając na rozczochrane włosy czy wygniecioną białą koszulę skierował się do wyjścia. Założył starte, czerwone trampki i wyszedł z mieszkania.

·          

Miał nadzieję, że świeże powietrze orzeźwi jego umysł. Było jednak gorąco i duszno. Już po pierwszych krokach musiał otrzeć czoło z potu. Większość ludzi siedziała w cieniu, ale i spacerowiczów nie brakowało.
Nie zapowiadało się, by miał dostać olśnienia. Szedł ulicami Katowic starając się oczyścić umysł. Przygotować go na przypływ weny.
Przechodząc obok jednej z knajp zobaczył klęczącą przy murku starszą kobietę. Trzymała ona kubek, na którego dnie leżało kilka groszy. Artur podszedł do niej sięgając po portfel.
-        Może coś pani kupić? – zaproponował widząc, że staruszka będzie miałz problem z podniesieniem się. Ta jednak zaskoczyła go i w miarę sprawnie jak na swój wiek wstała na nogi.
-        N… nie trzeba – powiedziała podpierając się o lasce.
-        No dobrze. – Uśmiechnął się widząc jak w kobiecie budzi się godność. Wyjął z portfela piętnaście złotych i położył je na jej drżącą, pomaszczoną dłoń.
-        Niech cię Bóg błogosławi, dobry człowieku! – powiedziała babcia, najgłośniej jak tylko umiała. I uśmiechnęła się szczerze.
-        Panią także – odparł, chociaż nie wierzył w Boga. – Cieszę się, że mogłem pomóc.
Ruszył dalej. Uśmiechnął się na myśl o tym, ile zrobił dla tej kobiety. Tak mało, a tyle to dla niej znaczyło. Staruszka miała pewną wspaniałą cnotę – umiała cieszyć się małymi rzeczami. Arturowi aż przypomniał się wiersz Williama Blake, mówiący o takich ludziach. O tych, którzy umieją ,,zobaczyć świat w ziarenku piasku[1]’’.
Zastanowił się, czy sam Blake to potrafił, czy tylko ostrzegał przed swymi błędami i spisał marzenia, w czterech wersach zawierając wskazówki jak żyć dobrze i szczęśliwie.
Właśnie. W takim razie zostało to powiedziane. Wszystko zostało powiedziane. Nie można nawet napisać, że wszystko zostało powiedziane, bo i o tym są już wiersze i piosenki – Zaśmiał się Artur.
Nagle usłyszał przed sobą krzyk, który wyrwał go z zamyśleń. Zobaczył leżącego na ziemi człowieka w roboczym stroju. O piekarnię oparta była drabina, a z niej schodził już drugi robotnik.
Artur ruszył w ich stronę. Jeszcze zanim dobiegł zobaczył, że schodzący z drabiny jest zagrożony.
-        Niech pan uważa! Szczebel jest złamany! – krzyknął wskazując palcem.
Mężczyzna spojrzał w dół i odetchnął z ulgą. Przeskoczył o dwa szczeble i zszedł z drabiny. Artur klęczał już wtedy przy leżącym robotniku.
-        Żyjesz Kazik? – spytał zaniepokojony.
-        Ja, ja. Chyba żem nic nie złamoł… - jęknął Kazik podnosząc się.
-        Ostrożnie… - Artur pomógł mu wstać.
-        Wielkie dzięki. Gdyby nie pan, to jeszcze zleciałbym na niego – stwierdził robotnik.
-        Nie ma za co. Wszystko dobrze? – zwrócił się do Kazika, który stał oparty o ścianę piekarni krzywiąc się.
-        Ja, ino dupa boli jokby mie kto… Ale dzienki.
-        Nie ma sprawy. Może to uświadomi wam, że BHP to nie tylko idiotyczne regułki. – Zaśmiał się.
I poszedł dalej. Wystraszenie w połączeniu z gorącem sprawiło, że spocił się okropnie. Wszedł do pierwszego napotkanego sklepu by kupić wodę z lodówki.
Pił łapczywie, idąc katowickimi ulicami. Gdy przechodził przez plac uwagę jego zwrócił siedzący na murku chłopak, który oddychał ciężko. Miał pomalowane oczy, farbowane włosy i w ogóle bardzo kobiecą urodę. Spojrzał mu w oczy, a na jego twarzy pojawił się uśmiech. Podszedł do niego i przysiadł się.
-        Witam kolegę po fachu – powiedział. – Łyczka? – zaproponował mu wody.
-        O co… panu chodzi? – zdziwił się tamten.
-        Czyż nie jesteś artystą z powołania? Widzę – Odchylił się i zajrzał za murek – gitarkę, ale i twój strój mówi sam za siebie!
-        Serio wyglądam na artystę? – zdziwił się młodzieniec, ochoczo przyjmując butelkę.
-        Oczywiście. Chyba się nie pomyliłem?
-        Nie. Ale niewielu jest w stanie to poznać kiedy akurat nie gram i nie śpiewam…
-        Ja zauważyłem. Sam jestem poetą i ludzie nieraz też patrzą na mnie jak na idiotę, bo przesiaduję w dziwnych miejscach i piszę. No… kiedy akurat mam natchnienie.
-        Ech, wiesz, ja najczęściej spotykam się z określeniem ,,pedałek’’.
-        Cóż… Na pohybel filistrom i dyletantom! – Demonstracyjnie uniósł butelkę i upił łyk, po czym podał ją chłopakowi. – Artur jestem.
-        Kane. – Chłopak wziął wodę i uścisnął mu dłoń.
-        Kane?
-        Właściwie Konstanty, ale wiesz… Nie lubię tego imienia.
-        No tak. Artur też nie brzmi jakoś fajnie, ale zawiera cząstkę ,,Art’’! Sztuka!
-        Chwała sztuce! – Kane z szacunkiem wzniósł butelkę. Widać było, że jest naprawdę mocno spragniony.
-        Chwała sztuce! – przytaknął Artur uśmiechając się. – To co, może zagrałbyś?
-        Teraz?
-        Pewnie! Dużo ludzi, trochę cienia, idealnie!
-        W sumie… czemu nie! – Kane przeskoczył murek i chwycił gitarę. Znalazł miejsce w cieniu, gdzie otworzył pokrowiec i wyjął instrument. Jego nowopoznany znajomy usiadł obok.
Artysta odgarnął lśniące włosy z twarzy i lekko uderzył w struny. Artur od razu rozpoznał melodię.
-        Imagine there’s no heaven! – zaśpiewał Kane czystym, silnym głosem. Piosenka ta była wyzwaniem. A on śpiewał pięknie. Nie było w niej słychać Johna Lennona, a Kane’a. Zrobił swoją wersję utworu. Bez krzywdy dla niego.
Ludzie zgromadzili się wokół. Co chwila ktoś podchodził i wrzucał do pokrowca z gitary garść monet.
-        Imagine there’s no countries! – śpiewał Kane, a Artur zobaczył w jego oczach pasję. Wtedy przypomniał sobie jak sam kiedyś śpiewał.
Artur był mężczyzną średniego wzrostu, szczupłym i młodo wyglądającym. Głos  za to miał bardzo niski. Śpiewał kiedyś wymyślając własne piosenki. A kochał sztukę, więc i śpiew. Korciło go by się dołączyć.
-        You may say I’m a dreamer! – zaśpiewali razem. Wyszło świetnie, ludzi wokół przybywało. Kane spojrzał na niego zdziwiony, ale grał dalej. – But I’m not the only one! – kontynuowali. Nie śpiewali idealnie równo, Kane nieco przeciągał, co wyszło naprawdę efektownie.
Podczas zwrotki Artur przestał i podziwiał Kane’a, ale, gdy znów nadszedł refren, zaśpiewali razem.
-        I hope some day you’ll join us, and the world will live as one…! – zakończyli. A ludzie zaczęli bić brawo. I posypały się monety.
-        Jesteś świetny, chłopie! – Artur poklepał go po ramieniu.
-        Dzięki! – Uśmiechnął się.
-        Słuchaj, ja już pójdę, kontynuuj show, ale przedtem – Wyjął z kieszeni telefon – podaj mi swój numer. Zgadamy się, stawiam piwo.

·          

Może i oświecenie nie nadeszło, ale humor miał coraz lepszy. A w poszukiwaniu inspiracji postanowił udać się do Parku Chorzowskiego. Poszedł szybkim krokiem na stację. Minął Oko Miasta – dionizyjskie centrum niekończących się imprez. Tam ludzie zdobywali bliskie, acz krótkotrwałe znajomości.
Świat rzeczywiście jest dobrym źródłem weny – stwierdził idąc w stronę przystanku. Był pewien, że w parku przyjdzie natchnienie.
Przystanął. W cieniu między budynkami coś się działo. Chłopak leżał na ziemi i próbował się podnieść. Dwaj inni nie pozwalali mu na to kopiąc i wrzeszcząc.
Zaczął biec w tamtą stronę. Był szybki i znał najlepszą sztukę walki na świecie – doświadczenie. Jak każdy artysta Artur miał swoje poglądy i ideologię. W młodości nieraz musiał stawać w ich obronie.
Nie spodziewali się ataku. Jeden z nich nawet nie zauważył nadbiegającego. Kopnięcie w bok zwaliło go z nóg. Walnął głową w ścianę i padł na ziemię.
Kolejny zapomniał o swojej ofierze i doskoczył do Artura. Uderzył sierpowym w twarz. Zbawca nie zdążył uniknąć. Poczuł piekący ból pod okiem. Chwycił się za nie i ugiął nogi jęcząc. Na twarzy napastnika pojawił się tryumfalny uśmieszek. Odwinął się.
Artur wyprostował nogi i strzelił prawym prostym w gardło zbira. Tamten złapał się za nie krztusząc się. Poeta rozmasował policzek i chwycił zgiętego wpół bandytę za kark. Zobaczył, że jego ofiara, młody, chudy chłopak, podnosi się już z ziemi.
-        Cały jesteś? – spytał go.
-        T… tak. Dziękuję – odpowiedział niepewnie.
Artur bez trudu obalił charczącego na kolana. Przydusił go przedramieniem, jednocześnie blokując ręce.
-        Wal – powiedział do chłopaka.
-        Słucham?
-        Oddaj mu.
Młodzieniec uśmiechnął się, po czym walnął zbira w brzuch wypompowując powietrze z jego płuc. Artur puścił, a pokonany padł na ziemię usiłując wziąć głębszy oddech.
-        Jeszcze raz dziękuję…
-        Nie ma sprawy! – Poklepał go po ramieniu. – Czego chcieli?
-        Pieniędzy – odpowiedział zabierając swój portfel z kieszeni pokonanego zbira, który leżał trzymając się za głowę. Schował go i kopnął napastnika w żebra.
-        To czemu znęcali się zamiast uciekać?
-        Nie znęcali się za długo, miałem szczęście, że pan przechodził. Ale wie pan… stawiałem opór. Jeden dostał nawet w mordę. Niestety niezbyt skutecznie.
-        I taką postawę rozumiem! Też taki byłem w twoim wieku. I wciąż uważam, że było to słuszne.
-        Miło, że pan tak myśli. To… ja już pójdę. Do zobaczenia.
-        Trzymaj się. – Uścisnął dłoń chłopaka.
Szedł na przystanek masując policzek. Był z siebie bardzo zadowolony. Dawno się z nikim nie bił, a ta walka była wyjątkowo udana. I owocna.
Ta wdzięczność w oczach ludzi, którym pomagam, jest niczym pokarm dla mej duszy – pomyślał, po czym przystanął. To był znak. Przypływ natchnienia.
Kupił bilet. Siedział czekając na tramwaj. Czuł się jak czarodziej, który czerpie moc z magii świata. Jednak piękno jest wszechobecne. Trzeba tylko umieć szukać. Inspirację najłatwiej znaleźć w czynach. A w obrazach codzienności – inspirację do czynów.
Tramwaj podjechał. Artur wszedł do środka, a kolejne wersy w jego głowie układały się same.
W przedziale jechała grupka rozbawionej młodzieży. Uśmiechnął się do wspomnień. Już wtedy tworzył. Artystą nie można zostać, nim trzeba się urodzić.
Wnet w jego głowie pojawił się pomysł, który zalał jego umysł topiąc wszystko inne.
Ten dzień mógłby być wierszem.

·          

Park był tylko pozorem. Całe piękno świata było kłamstwem. Większość ludzi umiała nacieszyć się tymi pozorami. Park dawał ułudę szczęścia, spokoju, odpoczynku, klimatu… Pozorował inny świat. Ale ten inny świat nie istniał, a park był tylko miejscem, jak każde inne.
Lena siedziała na ławce. Trzymała otwarty notatnik przygryzając ołówek. I trwała w tej pozycji już dłuższy czas.
Prawda jest nudna. Nie można już pisać o prawdzie – stwierdziła.
Chciała stworzyć arcydzieło. Teraz jednak poddała się. Schowała notatnik do plecaka i ruszyła w drogę powrotną. Mijani ludzie byli tak bardzo nieświadomi.
Sztuka to pewnego rodzaju brzemię – zrozumiała. – Za ciężkie dla mnie.
W połowie drogi uświadomiła sobie, że zespół musi wywiązać się z kontraktu z wytwórnią. Więc jakieś słowa wymyślić trzeba.
Rymować umiała, a zawsze mogła śpiewać takie same banały, jak większość polskich gwiazd. Albo może opisać prawdę, jaką pojęła. Ale to byłaby jej ostatnia piosenka. ,,Czarne Oświecenie’’ – stwierdziła, uśmiechając się smutno.
Włożyła do uszu słuchawki, by po raz kolejny wysłuchać instrumentalnej wersji utworu, do którego miała napisać słowa. Trzeba było przyznać, że Adi był gitarowym geniuszem.
Zaczęła układać proste rymy. Płytkie słowa o miłości, których nawet nie można było nazwać poezją.
Jednak jako artystka chciała przekazać swoje myśli. A w jej głowie dalej była prawda. Ta zła prawda, którą pojęła. I o tym chciała zaśpiewać, choćby miało być to ostatnim, co kiedykolwiek zaśpiewa. Byłby to hymn zmarnowanego świata.
Wychodząc z parku liczyła sylaby jednego z wersów. Ruszyła w stronę przystanku.
Nagle rzeczywistość pociągnęła Lenę do tyłu. Samochód mignął jej przed oczami. Poczuła pęd powietrza. Słuchawki wypadły jej z uszu.
Upadła, głową uderzając w coś miękkiego. Podnosząc się zobaczyła, że był to jej zbawca – rozczochrany człowiek w białej koszuli, na oko przed trzydziestką. Wstawał właśnie z ziemi. Ludzie patrzyli na nich zszokowani.
Chciała coś powiedzieć, podziękować. Zobaczyła jego oczy. Błękitne, kojące i spokojne. I dobre. Było w nich zarazem coś dzikiego.
Spojrzenie jej wybawiciela pochłonęło ją, topiła się w nim jej dusza. Zapomniała o ,,Czarnym Oświeceniu’’. Pozory istnienia innego, pięknego świata i prawda widziana jej oczami też odeszły w niepamięć. Bo ten mężczyzna im przeczył.
Jego oczy były z innego świata.
Prawda jest jednak względna. Świat jest subiektywny. Nie jest beztroskim, zamkniętym, zwykłym miejscem.
Świat to kantowska rzecz sama w sobie.
A ten człowiek miał to wypisane w oczach. Widziała, że on też czyta jej w duszy. Ich spojrzenia spotkały się tylko na kilka sekund, ale ta chwila zdążyła wiele zmienić.
-        Dziękuję… - powiedziała, gdy pomagał jej wstać.
-        Wyglądało trochę, jakbyś celowo chciała ze sobą skończyć – odrzekł, a ona zamyśliła się. Nie była już pewna. Może tak właśnie było.
-        Bo nie ma nikogo, kto by mnie przed tym powstrzymał – odpowiedziała ku swojemu zdziwieniu. – Znaczy, nie sądziłam, że ktoś taki… - zmieszała się.
-        Widzę twój smutek. Może przejdźmy się. Ludzie… na nas patrzą – zaproponował nie mogąc oderwać spojrzenia od jej oczu.
-        Dobrze.
Ruszyli. Park wydał się jej teraz zupełnie innym miejscem. Był prawdziwy, a zarazem piękny. Tętnił życiem i szczęściem. Dziewczyna zrozumiała, że w pewnym sensie zginęła przed chwilą w wypadku. Teraz jest zupełnie kimś innym. Kimś, kto dostrzega piękno.
-        Jestem Artur. – Mężczyzna wyciągnął dłoń.
-        Lena. – Dotyk Artura był dziwny. Tak przyjemny, tak dobry i kojący.
-        Widzę w twoich oczach natchnienie, Leno – powiedział.
-        Odnalazłam je w twoim spojrzeniu. – Uśmiechnęła się. – Brakowało mi go.
Mężczyzna odwzajemnił uśmiech. Szli chwilę, co chwila spoglądając sobie w oczy. W końcu usiedli w cieniu drzewa.
Chcieli wiele sobie powiedzieć, ale były to rzeczy, których nie da się wyrazić mową. Uczucia, na które nie ma określeń.
Taka już przypadłość artystów. Patrzą sobie w oczy i rozumieją. Słowa ograniczają.
Tacy już jesteśmy. Trudne to do zrozumienia. Dlatego większość ma nas za pozorantów, którzy po porostu powielają stereotyp. Ale my naprawdę widzimy inaczej. Widzimy, gdy piękno łączy się z sensem. A w miejscu ich połączenia jest człowiek.
A gdy piękno łączy się z sensem, zasiewa ziarnko miłości. Zainspirowane połączeniem tym czyny pozwalają mu kiełkować.
Widzimy wszystko o czym piszemy. A to, co widzimy, nie jest pozorami, jak myśli większość. Dlatego szukamy kogoś, kto będzie w stanie nas zrozumieć.
Artur widział w jej spojrzeniu zrozumienie. Poczuł, że właśnie w tych pięknych oczach łączy się sens i piękno.
Rozmawiali. Opowiadali o swoich przyziemnych sprawach, spojrzeniem tylko wyrażając swe myśli. Oczami snuli opowieści o swym dotychczasowym życiu. A od natchnienia powietrze stało się gęstsze. Czas zaczął wolniej płynąć.
-        Życie jest sztuką – powiedział Artur zbliżając się. – Każdy czyn.
Wtedy Lena pocałowała go. Wplotła dłoń w jego włosy. Przyciągnął dziewczynę do siebie i objął czule.
-        A to – powiedziała, gdy w końcu rozłączyli wargi – to było arcydzieło.
-        To jest arcydzieło. – Uśmiechnął się Artur.

·          

Kilka lat później w każdej księgarni można było znaleźć tomik wierszy Artura. Nazywał się ,,Jeden Dzień’’. Czytający go, jeśli jego umysł był wystarczająco głęboki, mógł wyczytać między wierszami opowieść o życiu autora. O poszukiwaniu piękna i sensu.
Tomik kończył się wierszem wzruszającym, a z pozoru bardzo prostym.

wiem że ukazać wyobraźnię
to jak zrzucić zbroję

nawet nie zdajemy sobie sprawy
jak wielu ludzi
ma w szufladzie
kaftan z poezji

poeci jak dzieci
chętnie z tych wszystkich kartek
zbudowaliby
twierdzę
namiot
na środku pokoju

czasem
strach pomyśleć
co działoby się
w tym namiocie

dziś uzewnętrzniliśmy
piękno

lecz wczoraj
wczoraj było inaczej
wtedy piękno
było piękne

bo ukryte

globalizacja niszczy poezję
dlatego proszę
bądźmy zacofani

choć trochę

ten wiersz
stanie się wierszem dopiero
gdy ci go pokażę

chodź ze mną
artystko
chodź ze mną
jesteśmy młodzi
do końca życia

wznieśmy się nad ziemię
skoro potrafimy

i uderzając lekko w struny
stwórzmy opowieść
nim ta przeminie

Nazywał się ,,Nim wynajdziemy coś lepszego od myśli’’. Po przeczytaniu go wszyscy odkładali tomik i, nie wiadomo czemu, przypominali sobie pewną słynną piosenkę.


 Zobaczyć świat w ziarenku piasku
Niebiosa w jednym kwiecie z lasu
W ściśniętej dłoni zamknąć bezmiar
W godzinie – nieskończoność czasu

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz