sobota, 29 października 2016

Sieć Emocji




Opowiadanie zostało opublikowane i oprawione graficznie na portalu SpidersWeb.com. (Przejdź do opowiadania na spiderswebie tutaj)
_____________________________________________________________________________
Postęp to coś obcego, coś sztucznego, coś na zewnątrz nas. To ta skrzypiąca proteza, co pomaga kalece, lecz przeszkadza zdrowemu.
Mirosław P. Jabłoński

Kapsuła mojego Mercedesa, dająca mi wgląd na sytuacje na drodze, wystaje niewiele ponad sześćdziesięciocalowe koła. W środku mam wiele miejsca dla siebie i dla jeszcze jednej osoby, acz rzadko mam okazję korzystać z siedzenia pasażera. Dlatego wybrałem ten majestatyczny krążownik.
Siedzę teraz, a właściwie półleżę w krwistoczerwonym fotelu kierowcy. Lubię zapomnieć o świecie, a tylko tutaj mogę sobie na to pozwolić. Słucham muzyki klasycznej, przy wyłączonych wszystkich wspomagaczach prowadzenia i innych ustrojstwach. Kabina jest tak wygłuszona, że nie słyszę niczego, co dzieje się na zewnątrz. Skupiam się na jeździe, zapominam o problemach.
O problemach które kryją się wszędzie za kapsułą. O zasadach, którymi rządzi się świat. O Sieci Emocji, która miała wszystko naprawić, a wszystko zniszczyła.
Spoglądam do lusterka przymocowanego do szyby. W sumie nie wiem po co je zamontowałem, do jazdy mam kamery. Jednak możliwe, że problemy kryją się w tym, co ono pokazuje. A widać w nim moją młodzieńczą twarz o przydługawych, ciemnych włosach i kilkudniowym zaroście. Tak, któreś z nas jest zepsute. Świat albo ja.
Odbijam z głównej drogi zaraz przy przystanku aerotramwajowym, by wjechać na osiedle. Po chwili zatrzymuję się przed starym biurowcem i niechętnie wysiadam z auta. Ruszam na komisariat, mijając sztucznych ludzi.
Tak, sztucznych.
Witam w świecie, w którym za odczuwanie emocji się płaci. Radość, jaką odczuwają ludzie, jest sztuczna. Patrzą na świat przez różowe okulary. Godzina sztucznego zadowolenia kosztuje w tych czasach dwadzieścia pięć złotych. Prawdziwej praktycznie się już nie zna.
Brzydzę się sztucznymi emocjami sztucznych ludzi. Brzydzę się światem, w jakim przyszło mi żyć. Mijam ich na komisariacie, siedzących przy biurkach, wyszczerzonych, patrzących na mnie z politowaniem. Z czego cieszą się ci gliniarze od papierkowej roboty? Najlepsze, że sami nie wiedzą.
Siadam przy swoim biurku i odpalam holopanel. Zanim system zdążył załadować wiadomości, jedna z dziewczyn podeszła do mojego biurka.
-        Kuba, komisarz cię prosi – powiedziała, patrząc na mnie maślanymi oczkami.
Wstałem, skinając w podzięce za informację. Odwróciła się. Odprowadziłem ją wzrokiem, po czym ruszyłem do gabinetu. Na drzwiach widniał dumny napis ,,Komisarz Jan Dębczyński”. Jednak każdy, któremu przyszłoby je otworzyć, zrozumiałby, że pod tym nazwiskiem kryje się łysiejący grubas, którego największą pasją jest niszczenie swojego organizmu.
Mi także przyszła właśnie wątpliwa przyjemność utwierdzić się w tym przekonaniu.
-        Nauczyłbyś się pukać, Gwiazdorowicz! – Dębczyński skiepnął szluga. W jego gabinecie stał niski, krótko obcięty chłopak w moim wieku, ubrany w jeansy i białą koszulę.
-        Przepraszam – burknąłem.
-        To kiepski moment, ale musisz poznać swojego nowego partnera, Nowaka. – charczał komisarz. – Nowak, będziesz miał zaszczyt współniepracować z tym oto chłoptasiem.
-        Jakub Gwiazdorowicz – wyciągnąłem rękę.
-        Kamil Nowak – miał niski głos i mocny uścisk dłoni.
-        Dobra, panowie, dość czułości. Sprawa jest poważna. Przed chwilą dostałem powiadomienie o włamaniu do Sieci. Skradziono niezły impuls.
W raz z Nowakiem przybraliśmy miny ryb, które właśnie wyjęto z wody. Albo ogólnie, ryb. Ryba zawsze wygląda na zaskoczoną.
-        Jego łączna wartość przekracza sto tysięcy. Radość, ekstaza, ogromne dawki.
-        Wysłał pan już kogoś do Bazy Katowickiej? – spytałem.
-        Właśnie wysyłam! – Dębczyński spojrzał na mnie gniewnie. – Zajmiecie się sprawą i wstępnym raportem. Zaraz zadzwonię po ekspertów sieciowych. Wy macie wycisnąć wszystkie informacje od zarządców i kontrolerów w Bazie Katowickiej! No, już, ruszajcie! – ponaglił.
Wyszliśmy z gabinetu i skierowaliśmy się do wyjścia.
-        Pojedźmy moim wozem – zasugerowałem.

·          

Baza mieściła się w centrum miasta. Jej projektant zdecydowane był niewyżyty artystycznie, stąd budynek przypominał bardziej karuzelę niż poważną instytucję. Jednak mnogość ruchomych elementów nie zmieniała faktu, że budowla była swego rodzaju twierdzą. Od początku istnienia nie przeszła żadnego zamachu, skutecznie odstraszając potencjalnych terrorystów samym swym wyglądem.
Przed nią, dla kontrastu, stał Pomnik Powstańców Śląskich, składający się z trzech stalowych orlich skrzydeł, liczący sobie grubo ponad sto lat.
Zaparkowałem na obrotowej platformie przed Bazą i wraz z Nowakiem ruszyłem do środka.
-        Długo pracujesz w wydziale Kontroli Sieci? – spytał Nowak, gdy jechaliśmy windą.
-        Ponad trzy lata – odparłem.
-        Zdarzyło się kiedyś włamanie tego typu?
-        Próby zdarzały się nieraz, ale nie. Z czymś takim jeszcze się nie spotkałem. Na pewno nie w Katowicach.
Wina zatrzymała się, a my przeszliśmy przez sekretariat i po pokazaniu odznak zaprowadzono nas do gabinetu, w którym to ten słynny Jerzy Troszczyk, owinięty źle dobranym garniturem, którego wartość bliska jest pewnie mojej rocznej pensji, debatował z jakimiś ludźmi. Gdy weszliśmy do pokoju Troszczyk wstał i wyprosił pozostałych.
Ściany były przeszklone i dawały widok niemal na całe Katowice. Do tego gabinet był jedną z ruchomych części budynku i okrążał go powoli. Obecnie widać było Spodek, który to kształtowi zawdzięczał swą nazwę, oraz jedną z głównych katowickich dzielnic.
-        Panowie. – Ukłonił się zarządca.
-        Sierżanci Jakub Gwiazdorowicz oraz Kamil Nowak – przedstawił nas, siadając.
-        Dzień dobry, panie Troszczyk. Choć, jak słyszałem, nie tak dobry – dodałem.
Troszczyk milczał, wyraźnie podenerwowany, czemu trudno się dziwić.
-        Nie spytam, czy zdarzyło się to już wcześniej – zacząłem – bo z doświadczenia wiem, że nie...
-        Owszem, zdarzało się, ale nie w Katowicach – stwierdził zarządca.
-        Zajmijmy się jednak tą sprawą – uciął Nowak. – Jak odkrył pan włamanie?
Troszczyk wyjął z kieszeni na piersi e-papiersoa. Wciągnął syntetyczny dym w płuca, po czym przyjrzał się urządzeniu.
-        Jeden z kontrolerów, Piotr Marcinek, zameldował mi nieoczekiwany i nieopłacony transfer – powiedział. – Ogromne ilości najpiękniejszych uczuć.
-        Nie było adresata? – spytałem.
-        Nie, zupełnie jakby to wszystko wyparowało.
Kamil spojrzał na mnie porozumiewawczo. Skinąłem.
-        Ma pan jakieś podejrzenia odnośnie sprawcy? – spytał. 
-        Wiem, że tych kosztownych emocji mogło pożądać wielu ludzi, ale nie znam nikogo zdolnego włamać się do Sieci – Troszczyk rozwiał wszelkie wątpliwości i zaciągnął się. Poczułem zapach jagodowego dymu.
-        A kontrolerzy i inni pracownicy budynku? – Nowak złączył dłonie. – Mogliby zrobić coś takiego?
-        Teoretycznie tak – odparł – ale musiałby to zrobić właśnie Marcinek, któremu ufam, a bardzo przejął się kradzieżą. W dodatku, żeby tego dokonać, musiałby zrobić to bez wiedzy kilku pomocników, co było praktycznie niewykonalne. A zakładając, że by mu się udało, nie musiałby w pierwszej kolejności mi tego meldować.
-        Mimo wszystko wolelibyśmy porozmawiać z panem Marcinkiem – stwierdziłem.
-        A ja jestem już wolny?
-        Nie, mamy jeszcze parę pytań. Co z monitoringiem?
Troszczyk buchnął obłokiem gęstego dymu.
-        Nie będziecie zadowoleni – wetchnął. Kliknął coś pod biurkiem, a przed nim pojawił się holopanel, do którego włożył niewielki nośnik danych. Przed sierżantami pojawił się obraz.
Coś działo się w pomieszczeniu. Coś niemożliwego do zaobserwowania i zasłoniętego plecami siedzącego przy biurku grubasa.
-        Moje gratulacje. – Westchnąłem. – Na przyszłość radzę lepiej zastanowić się nad umiejscowieniem kamer.
-        Przepraszam, naprawdę... – tłumaczył zawstydzony. – Kamery są u nas od początku, a miejsca pracy były dodawane, przez co sam pan widzi...
-        Trudno, stało się. Proszę to pokazać naszym ekspertom, gdy już się tu pojawią.
-        Oczywiście.
-        Mam jeszcze pytanie. – wtrącił Nowak – Czy ma pan jakieś pomysły do czego można wykorzystać taki impuls dobrych emocji?
-        Jedyne co przychodzi mi do głowy to użytek własny, ale dla kilku osób – odpowiedział Troszczyk. – Jedną by to zabiło. Mogli też ściągnąć to na jakiś nośnik i teraz będą sprzedawać wzmocnione impulsy na czarnym rynku jako środek odurzający, ale w to jednak wątpię. Nie wiem czy w ogóle byłoby to wykonalne.
-        Dobrze... Z panem Marcinkiem chcielibyśmy porozmawiać na osobności, o ile jest to możliwe. – poprosiłem.
-        Oczywiście. Znajdziecie go na trzecim piętrze. To kontroler, a więc nie pomylicie.
-        Dobrze. Jakby dowiedział się pan czegoś istotnego, oto moje namiary. – przyłożyłem bransoletę z danymi do holopanela. –  Do widzenia.

·          

-        Przechadzałem się tędy patrząc w monitory, jak co dzień – relacjonował niespokojnie kontroler Piotr Marcinek, chudy mężczyzna przed czterdziestką – kiedy zauważyłem podejrzany transfer. Mimo braku przelewu i anonimowości adresata nie uruchomił alarmu. Do tego wszystko stało się strasznie szybko. Energię przeniosło w takim tempie, że na chwilę wszystkie inne transfery emocji zostały zablokowane.
-        Kontrolujecie te transfery dwadzieścia cztery godziny na dobę, prawda? – spytał Kamil.
-        Od tego jesteśmy.
-        Czego by pan potrzebował, by zrobić taki transfer? – zagadnąłem obojętnie, usiłując zrozumieć wykresy wyświetlane na monitorach.
-        Jestem podejrzany? – kontroler zrobił zdziwioną minę.
-        Panie Marcinek, każdy pracownik budynku jest podejrzany. – wyjaśniłem. – Poza tym nie chodzi konkretnie o pana. Chodzi o to, czego potrzebowałby człowiek przebywający tutaj by dokonać takiego transferu.
Marcinek myślał chwilę, drapiąc gładką brodę.
-        Przede wszystkim czasu i znajomości tych urządzeń. Do tego wiedzy z zakresu informatyki. Tak mi się wydaje. Nie jestem jednak pewien czy to by wystarczyło – odpowiedział.
-        Czy ktokolwiek z pańskich podwładnych mógłby to zrobić bez pana wiedzy? – spytał Nowak.
-        Nie, z pewnością nie. W końcu jestem kontrolerem. Zawsze mam sytuację pod kontrolą. – Wymusił uśmiech. – Weźmiecie mnie na komisariat?
-        Jeśli powiedział pan wszystko, nie będzie to konieczne. – odwróciłem wzrok od monitorów i rzuciłem partnerowi porozumiewawcze spojrzenie. – Prosilibyśmy jednak by w najbliższych dniach nie opuszczał pan miasta. Jeśli by się coś panu przypomniało, oto moja wizytówka.
-        Dziękuję. – Odetchnął z ulgą.

·          

Wróciliśmy na komisariat by przedstawić sprawę Dębczyńskiemu. On powiedział, że eksperci są już w drodze i prawdopodobnie się z nimi minęliśmy. Jak zwykle opieprzył nas, że nie dowiedzieliśmy się nic wartościowego.
Szczerze wątpiłem, by eksperci dowiedzieli się czegoś więcej.
-        Najprawdopodobniej to jednorazowy przypadek – mówił Nowak, gdy już zostaliśmy sami i siedzieliśmy w pustoszejącej sali. – Nie dowiemy się kto to zrobił, ale jeśli tej kradzieży nie rozgłosimy, Sieć pozostanie formalnie niezdobytą
-        A ja obawiam się, że nie – odparłem zgodnie z prawdą. – Raz się udało, a to może zachęcić sprawców do kolejnej próby.
-        Tylko po co? To co mają starczy chyba na pięćdziesięcioletni orgazm dla dziesięciu osób.
Prychnąłem, drapiąc się po karku. Nie zwykłem lubić ludzi, ale ten tutaj przypadł mi do gustu.
-        Nie wiem – przyznałem – ale mam przeczucie, że spróbują jeszcze raz. Chyba, że uda nam się ich znaleźć.
-        Nie sądzę, by było to zadanie dla nas. Prędzej dla policyjnych informatyków. Wiesz, żeby zbadali ten transfer, bo pewnie coś się zapisało...
-        Nic nie znajdą. Oczywiście, Baza Katowicka prowadzi zapis transferów, ale jeśli nie ma adresata, to go nie znajdą i koniec. Może jeszcze jakby zaczęli czegoś szukać podczas przepływu emocji, ale teraz nie ma szans. Nie wiem jak to technicznie wygląda, ale nieraz rozmawiałem z ekspertami.
Odpaliłem holopanel i wstukałem w wyszukiwarce wiadomości ,,włamanie do Sieci”. Nie znalazłem żadnych wiadomości z dziś. Więc póki co nie wyszło to na jaw. I dobrze, lepiej nie siać paniki, może sprawa się uspokoi.
Rozejrzałem się po komisariacie. Paliło się już tylko kilka holopaneli, większość ludzi zdążyła wyjść. Na dworze szarzało. Pomyślałem o samotnym wieczorze, który przyjdzie mi spędzić. Jakoś wizja ta nie wydawała mi się kusząca.
Spojrzałem na Nowaka. Miał bardzo trzeźwe spojrzenie. Miałem wrażenie, że jego emocje nie były narzucone. Że nie korzystał z Sieci praktycznie w ogóle.
Zaproponowałem Nowakowi wpadnięcie do mnie, starając się wymówić uprzejmość wspólnym śledztwem. Nie znałem jego sytuacji i nie wiedziałem, czy przypadkiem nie czeka ktoś na niego w domu. Zdziwił się, widać dosięgła go moja opinia, acz zgodził się.

·          

Poszedłem do lodówki po piwo, a w tym czasie Nowak oglądał moje mieszkanie. Cóż, mógł się zdziwić, po kimś takim jak ja można spodziewać się ekstrawagancji. Młodzieniec o niezadbanych włosach, chodzący w długim, skórzanym płaszczu z bronią u pasa mógłby budzić skojarzenia z młodszym bratem Brudnego Harry’ego. Powinien mieć ekstrawaganckie mieszkanie, szafkę z alkoholem i groźnego psa. Cóż, przykro mi, ale tak nie jest.
Widziałem kątem oka, jak Nowak przygląda się zdjęciu na szafce.
-        Nazywała się Klaudia – wyjaśniłem, a on spojrzał na mnie. – Kobieta moich snów, naprawdę. Teraz niewielu ludzi o niej wie, ale długo było nam cudownie.
Rzuciłem mu piwo. Złapał, spojrzał na nie, zrobił minę mówiącą ,,zatwierdzam” i otworzył.
-        Co sprawiło, że skończyły się dobre czasy? – spytał.
-        To samo, co zniszczyło świat – Westchnąłem, a on spojrzał na mnie z zainteresowaniem. – Sieć Emocji. Wiesz, kiedy była tylko nowinką techniczną to korzystała z niej jak każdy, od czasu do czasu, traktując to bardziej jak używkę niż coś, co ma zmienić życie na lepsze. Powiem więcej, robiłem to wraz z nią. I było pięknie. Ale później zaczęła korzystać z niej coraz więcej i coraz częściej. Poznawałem po niej, że jest sztucznie szczęśliwa, bo była zajebiście zadowolona nawet w momentach, w których nie powinna być. To było straszne. Zmieniła się. Uzależniła. Wypominałem jej, że to oznaka tego, że nie potrafi być ze mną prawdziwie szczęśliwa.  Oczywiście broniła się, mówiła że to tylko tak dla frajdy ale... no rozumiesz. A może nie rozumiesz? – Spojrzałem mu w oczy, przysiadając na podłokietniku fotela.
-        Rozumiem, rozumiem. Kontynuuj – poprosił, łykając piwa.
-        Właściwie końca łatwo się domyślić. Wiesz, nie lubię stawiać ultimatum, ale to w końcu musiało się stać. Powiedziałem, że albo przestanie albo od niej odejdę. Wcześniej próbowałem ją namawiać do zostawienia tego, tłumaczyłem, chciałem pomóc…
-        No wiem, wiem…
Westchnąłem, wspominając dobre czasy.
-        Tak czy inaczej wybrała Sieć. A ja nie potrafię zapomnieć – wyznałem.
-        To dlatego tak nienawidzisz Sieci?
-        Nie tylko dlatego, że to tak podziałało na nią. Dlatego, że to tak działa na ludzi. – zrobiłem przerwę, by napić się piwa. Nowak był moim pierwszym gościem od bardzo dawna. Nie wiem czy mogę aż tak się przed nim otwierać… – No i tak zaczął się... hmmm... mroczny okres mojego życia – kontynuowałem. – Od tego czasu skupiłem się wyłącznie na pracy. Tej historii nie znał nawet mój poprzedni partner, bo go nienawidziłem.
-        Podobnie jak systemu? – zgadł Nowak.
-        Podobnie jak sztucznego systemu, sztucznych ludzi, Sieci i całego tego pierdolonego sztucznego świata! – warknąłem, zgniatając puszkę po piwie.
-        Chyba masz rację – zastanowił się mój nowy partner. – Z jednej strony ludziom wydaje się, że sens życia został osiągnięty. Są bezwarunkowo szczęśliwi. Ale szczęściem sztucznym i niezasłużonym.
-        Poza tym wiesz dobrze, że nie tak bezwarunkowo. – odparłem. – Fundusze czasem się kończą, a wśród sztucznych ludzi wraz z nimi kończy się szczęście. Nie od dziś pracujesz w policji więc wiesz pewnie do czego zdolni są ludzie którym odebrano emocje z Sieci.
Kamil pokiwał głową ze zrozumieniem.
-        Z rąk takich świrów ginie ostatnio więcej ludzi niż w zamachach terrorystycznych – powiedział.
-        Wzrosła liczba samobójstw – rzuciłem.
-        Niemal zatrzymał się postęp techniczny, bo ludziom do szczęścia więcej już nie trzeba – dodał.
-        Z większością ludzi nie da się już pogadać na poważne tematy. I widzisz? – stwierdziłem z pewnego rodzaju ponurym tryumfem. – A teraz wymieńmy zalety.
    Milczeliśmy chwilę. W końcu parsknąłem śmiechem. Nasza bezradność była żałosna. Spojrzałem Nowakowi w oczy.
-        Powiem ci szczerze, że moje myśli nieraz szły już dalej – powiedziałem. – Myślałem do czego doprowadzi rozbudowanie Sieci i jeszcze większe jej spopularyzowanie. Najpierw wszystkim, z wyjątkiem takich jak ja, będzie się wydawać, że jest zajebiście. Ale to zaprowadzi nas, co prawda nie bezpośrednio, ale zaprowadzi nigdzie indziej jak do tego dawno zapowiadanego końca świata.
Nowak spojrzał na mnie zaciekawiony.
-        Może tego nie ogarniesz, ale dalej tak myślę. I nieraz przechodziło mi przez myśl stworzenie organizacji, zrzeszenia ludzi o takich poglądach. Wiesz, by przetrwała kolebka ludzkości. Jednak co chwila wydaje mi się, że jest na to za wcześnie. A może za późno. – Westchnąłem głośno. – Do tego kilka rzeczy stoi mi na przeszkodzie. Po pierwsze, jestem policjantem. Po drugie nie znam nikogo równie poje... Nie znam nikogo o podobnych poglądach. Nie, to by nie wypaliło. Ech, świata nie da się odratować.
-        Sory za to śmiałe pytanie – Nowak przyjrzał się swej puszce piwa, potem podniósł wzrok na mnie – ale dlaczego ktoś o takich poglądach pracuje w wydziale kontroli Sieci?
Uśmiechnąłem się. Bardzo dobre pytanie.
-        Wbrew pozorom jedynie tu przysłużę się sprawie – odparłem zgodnie z prawdą. – Wiesz, zajmuję się tymi, którym Sieć zaszkodziła najbardziej. Na tyle, że sami musieli to przyznać. Zajmuję się szaleńcami odciętymi od Sieci, albo takimi, którzy właśnie przez nią zwariowali. A to już coś. Dębczyński nie lubi moich raportów, bo zawsze wspominam w nich o zawodności Sieci.
-        Dębczyński… - Zamyślił się Nowak. – A ten też chyba nie używa Sieci? Wiesz, zawsze jest gburowaty. Myślałem, że będziecie bardziej się dogadywać.
-        Dębczyński? – Zaśmiałem się. – Upaja się sztucznymi emocjami jak głupi! Wiesz… Niektórzy po prostu czerpią radość z bycia gburem…
-        Ano, też prawda.
Wstałem i ruszyłem do lodówki. Wyjąłem z niej kolejne piwa. Rzuciłem jedno Kamilowi.
-        A co myślisz o naszej sprawie? Ktoś się włamał, więc Sieć nie jest niezdobyta. – spytał tamten, nieco sprowadzając na ziemię moje myśli. Rzeczywiście, sprawa była dość ważna.
-        Wiesz… – zacząłem, zamyślając się .  Podszedłem i opadłem na fotel, otwierając piwo – z tym jest jak z bankami. Istnieją od wieków, pomimo licznych owocnych kradzieży dalej funkcjonują i jest ich coraz więcej. Do tego... Ech, nie wyobrażamy sobie życia bez nich.
-        Też prawda. Ale ciekaw jestem kto za tym stoi. Tą sprawę wypadałoby rozwiązać – mówił.
-        Fakt, ale póki co nie mamy żadnych…
Kobiecy krzyk, urwany. Uderzenie. Alarm samochodu. Serce podskakuje mi do gardła. Zrywam się z fotela i biegnę w stronę balkonu, po drodze podnosząc pistolet z szafki, gdzie go zostawiłem.
Otwieram drzwi balkonowe i odbezpieczam broń. Sąsiedni balkon, pusty. Patrzę w dół. Na zaparkowanym pod blokiem jeepie leży niebieskowłosa kobieta. Jej włosy są teraz niebiesko-czerwone. Krew widać aż stąd, z siódmego piętra.
-        Kurwa mać… – szepczę, rozpoznając Elę, moją sąsiadkę.
Czuję obok przyśpieszony oddech Nowaka. Patrzę na niego porozumiewawczo. Kiwam głową w stronę sąsiedniego balkonu. Potwierdza skinieniem.
Przeskakuję na jej balkon. Wpadam do środka. Znam układ mieszkania, bywałem tu. Jesteśmy w salonie, uporządkowanym i wystrojonym. Na stole leży komputer z podpiętym, niedbale rzuconym hełmem. Daję Nowakowi znać, że ogarnę sypialnie, i żeby on rzucił okiem na kuchnię.
Wpadam do sypialni. Czystko, wszystko ładnie poukładane. Wychodzę, widzę że u Nowaka też w porządku. Wpadam do łazienki. Też czysto. Sprawdzam drzwi. Zamknięte od środka.
-        Kuba – woła mnie Nowak. Odwracam się – powinieneś to zobaczyć.
-        Tak?
Podszedłem. Podłączony do hełmu komputer, który widziałem, okazał się być odbiornikiem emocjonalnym. Na ekranie widział napis ,,Godzina Ekstazy, 120zł, transakcji dokonano.”
-        Co jest…? – dziwiłem się, siadając. Zacząłem łączyć fakty. Włamanie do Sieci. Transakcja. Samobójstwo.
Moje myślenie przerwał urwany krzyk, który zakończył się uderzeniem. Poderwaliśmy się z kanapy. Nowak ruszył w stronę balkonu.
-        Kamil! Stój! – zawołałem za nim.
-        Co? – odwrócił się.
-        Nie warto! Chodź! – krzyknąłem.
Minutę później z piskiem opon ruszałem spod bloku. W windzie wyjaśniłem wszystko Kamilowi i zdecydowaliśmy, że on pojedzie na komisariat. Ja w komunikatorze wybrałem prywatny numer Troszczyka.
-        Jerzy Troszczyk z tej strony, słucham? – odezwał się zmęczonym głosem.
-        Sierżant Gwiazdrowicz! Natychmiast wyłączcie Sieć! – krzyknąłem, przejeżdżając na czerwonym.
-        Ale...
-        Nie mam czasu na tłumaczenie! Wyłączcie Sieć w całych Katowicach, zanim będzie za późno!
-        N... Nie może pan... – głos mojego rozmówcy drżał.
-        Podczas gdy załatwiałbym pozwolenie zginęłyby setki, o ile nie tysiące! Kurwa, oni giną nawet w tym momencie! – powiedziałem, patrząc na pokiereszowany samochód na skrzyżowaniu i martwego człowieka leżącego na jezdni. Na pewno rzucił się pod koła.
-        Sierżancie...
-        Troszczyk, do kurwy nędzy! Wyłącz pan tą Sieć!
     Jakub usłyszał piknięcie uruchamianego komunikatora i Troszczyka, który rozdygotanym głosem wydawał rozkaz wyłączenia Sieci. Od razu po tym znowu przyłożył telefon do ucha.
-        Sierżancie, proszę o wyjaśnienia!
-        Zaraz je pan dostanie, już do was jadę! – Gwiazdorowicz zakończył rozmowę i przyspieszył.

·          

Gdy wchodziłem do jego gabinetu, Troszczyk stał przy oknie, buchając aromatycznym dymem e-papierosa. W pomieszczeniu krzątało się kilka osób. Wszyscy odwrócili się do mnie.
Zarządca spojrzał na mnie, jakby chciał rzucić mi się do gardła.
-        Nie chce mi się wierzyć, że nie pomyśleliśmy o tym wcześniej – powiedziałem, kładąc dłonie na oparciu jednego z foteli. Rozejrzałem się po zebranych. – Włamanie do Sieci i kradzież były tylko przykrywką. Ci ludzie chcieli, żebyśmy tak to traktowali. Jako jednorazowe włamanie, nic więcej. Prawda jest taka, że zapewnili sobie stały dostęp do Sieci. Skazili ją. Każda kupiona emocja była tak negatywna, że prowadziła do samobójstwa. Dobrze, że mnie pan posłuchał, panie Troszczyk.
W sali zapadło milczenie. Zarządca złapał się za głowę.
-        Dobry Boże… - szepnął.
-        Jeśli udało się to w Katowicach – zauważył jeden z kontrolerów, staruszek pod krawatem – to może udać się we wszystkich sąsiednich miastach. Nasza baza należy do najlepiej chronionych.
Troszczyk opadł na fotel. Marcinek nalał mu do szklani wodę z cytryną z karafki.
-        Panie Walchiewicz, proszę wezwać ekspertów. Sieć trzeba zbadać i zrestartować – polecił jednemu z kontrolerów, który skinął i wyszedł z pomieszczenia.
-        Chwila, jak to?! – Spojrzałem na niego. – Na Bazę spadnie masa oskarżeń! Nie rozumie pan, że ginęli ludzie!? A pan chce przywrócić Sieć do działania!?
-        Dam ludziom to, czego potrzebują – powiedział Troszczyk niemal obojętnie. –Dobrze, że Sieć została podzielona nie tylko na kraje, ale i na miasta. Zainfekowanie całej Polski byłoby tragiczne w skutkach.
-        Już zainfekowanie Katowic było tragiczne! – powiedziałem. – O dokładnej liczbie samobójstw dowiemy się z wiadomości, ale... Ech, szkoda słów. Nie sądziłem, że ludzie są uzależnieni aż do tego stopnia.
Troszczyk upił wody, po czym wstał i odwrócił się w stronę szyby. Rozciągał się z niej widok na autostradę i odległe bloki.
-        To znak, że Sieć jest nam teraz wyjątkowo potrzebna – stwierdził. – Koniecznie musimy sprowadzić speców, którzy naprawią co trzeba i przywrócą jej działanie.
     Spojrzałem na Troszczyka z wyrzutem.
-        To znak, że Sieć nie powinna w ogóle powstawać! – odparłem.
-        Nie obchodzą mnie pańskie prywatne poglądy na sprawę. Czy się to panu podoba czy nie, Sieć zostanie naprawiona i przywrócona do działania. I, proszę mi wierzyć, więcej osób na tym skorzysta niż straci.
Powstrzymałem się by nie skomentować. Poczułem brzęczenie komunikatora na bransolecie. Spojrzałem na wyświetlacz. Dzwonił Dębczyński.
-        Przepraszam na chwilę – powiedziałem, odwracając się. Odebrałem połączenie.
-        Panie komisarzu?
-        Gwiazdorowicz! – zaczął zdenerwowany. – Masz przesłuchać tego Marcinka wykrywaczem kłamstw! – słyszałem, jak zaciąga się papierosem.
-        Tak jest, panie komisarzu.
-        Pospiesz się. Musimy załatwić tą sprawę, bo będziemy w dupie – dodał, rozłączając się.
Poinformowałem zebranych o rozkazach, jakie otrzymałem. Troszczyk zrobił ręką gest z cyklu ,,A weź go sobie przesłuchuj”. Sam Marcinek poprawił krawat.
-        Będziemy potrzebowali pokoju – poinformowałem.
-        Zapraszam do mojego gabinetu – odparł. Zaprowadził mnie korytarzami do niewielkiego, nowocześnie urządzonego pomieszczenia, którego ściana również była przeszklona. Kazałem mu zdjąć bransoletę, po czym wstukałem odpowiednie ustawienia na własnej i podałem mu ją.
-        Proszę to ubrać – powiedziałem, a on posłusznie wykonał polecenie. Sam wziąłem jego urządzenie i wyświetliłem jego dane.
-        Nazywa się pan Piotr Michał Marcinek, ma pan trzydzieści osiem lat i jest pan kontrolerem w Katowickiej Bazie Sieci Emocji, zgadza się? – spytałem.
-        Tak – odpowiedział. – Zgadza się.
Bransoleta na jego ręce zaświeciła się na zielono. Dobra odpowiedź. Czyli wszystko działa prawidłowo.
-        Czy wie pan, co dziś zdarzyło się z Siecią Emocji i dlaczego trzeba ją było wyłączyć? – przeszedłem do rzeczy, opierając dłonie o oparcie sąsiedniego fotela.
-        Tak.
Zielony. Prawda.
-        Czy jest pan odpowiedzialny lub częściowo odpowiedzialny za te wydarzenia, to znaczy za zainfekowanie Sieci Emocji? – spojrzałem na niego. Pocił się ze strachu.
-        Nie – odparł.
Zielony. Prawda.
Westchnąłem. Jednak nigdzie mnie to nie zaprowadzi.
-        Czy wie pan kto jest odpowiedzialny za te wydarzenia?
-        Nie.
Zielony. Prawda.
-        Dobrze – powiedziałem, po czym złączyłem dłonie za plecami i spojrzałem przez przeszkloną ścianę. Katowice nocą są naprawdę piękne. – Czy ma pan podejrzenia kto  może być odpowiedzialny lub współodpowiedzialny za zainfekowanie Sieci Emocji?
-        Nie – odpowiedział Marcinek.
Czerwony. Kłamstwo.
Odwróciłem się do niego z tryumfalnym uśmiechem.
-        Więc jednak ma pan podejrzanego – stwierdziłem.
-        Nie, ja naprawdę nie wiem…
Czerwony. Kłamstwo.
-        Proszę po prostu powiedzieć, kto jest numerem jeden na liście pana podejrzanych. Dotychczas naszym największym podejrzanym był pan. Miło, by teraz pan wskazał nam kogoś trafniejszego – stwierdziłem zgodnie z prawdą.
Marcinek przygryzł wargi i spojrzał na mnie przestraszony.
-        Ale to tylko głupie myśli… - tłumaczył.
-        Spytam wprost – Oparłem się o krzesło. – Kogo pan podejrzewa, panie Marcinek.
Kontroler westchnął głośno.
-        Pana, panie sierżancie – odpowiedział.
Zamurowało mnie. Nie wiedziałem, co powinienem zrobić. Położyłem jego bransoletę na stole, po czym odpiąłem swoją z jego ręki. Podejrzewa mnie? Niby dlaczego…
-        Dziękuję, jest pan wolny – powiedziałem, po czym wyszedłem z pokoju. Skierowałem się w stronę wyjścia z budynku.
-        Miałem rację? – zatrzymał mnie głos Troszczyka. Odwróciłem się. Zarządca opierał się o ścianę, buchając e-papierosowym dymem.
-        Słucham? – spytałem, rozkojarzony.
-        Miałem rację, prawda? To nie Marcinek?
-        Tak – przyznałem, odwracając się. – Miał pan rację.
-        Sierżancie Gwiazdorowicz?
-        Tak? – zastanowiło mnie czego jeszcze może chcieć.
-        Poluje pan na tego, kto doprowadził do wyłączenia Sieci, ale pochwala pan jego cele? – spytał, po czym usłyszałem, jak wypuszcza dym – Proszę zdecydować się, po której stronie pan stoi.
-        Spokojnie panie Troszczyk. Nie mam z tym problemu – powiedziałem, po czym ruszyłem przed siebie.

·          

Chciałem jechać na komisariat złożyć raport Dębczyńskiemu. Zadzwoniłem, by powiedzieć mu, czego się dowiedziałem. Pominąłem oczywiście kwestię domysłów Marcinka. Komisarz z kolei uznał, że nie muszę przyjeżdżać, więc odesłał mnie do domu.
Pod domem nie zastałem już ani ciała mojej sąsiadki ani tego samochodu. Jedynym śladem po tym, co się stało, były leżące na ziemi kawałki szkła.
Wszedłem do mieszkania i dopiero wtedy poczułem to zmęczenie. Wziąłem prysznic. Zimny, by zapobiec refleksyjnym myślom. Te jednak mimo wszystko mnie dopadły, gdy położyłem się do łóżka. Sen długo nie nadchodził.

·          

Ze snu wyrwało mnie brzęczenie bransolety.
-        Gwiazdorowicz, słucham – odebrałem zaspany, podczas gdy fala rzeczywistości zalewała mój umysł. Zdążyłem jeszcze spojrzeć na zegarek. Była czwarta nad ranem.
-        Dębczyński! – nazwisko rozmówcy zafundowało mi ekspresową pobudkę. – Jesteś potrzebny!
-        Mam jechać na komisariat? – Usiadłem na łóżku i przetarłem oczy.
-        Nie. Mamy zgłoszenie… Kurwa, mamy miliony zgłoszeń! Przesyłam ci wiadomość z namiarami. Jedź tam. Ojciec terroryzuje rodzinę i wygraża wszystkim bronią. Sąsiedzi słyszeli strzały ale jest schlany, ponoć nikogo nie zabił. Jeszcze. Pośpiesz się!
-        Zaraz, od kiedy to należy do mich obowiązków…? – starałem się zadać trzeźwe pytanie.
-        Od kiedy ludziom odpierdoliło od braku Sieci! Ruszaj, potem przyjeżdżaj na komisariat! – darł się Dębczyński.
-        Tak jest. – Wstałem i ruszyłem w kierunku szafy.
-        A, Gwiazdorowicz, jeszcze jedno.
-        Tak?
-        Uważaj po drodze – powiedział, po czym się rozłączył.
Trochę nie dochodziła do mnie obecna sytuacja. Ubrałem koszulkę, jeansy i wysokie buty. Na to narzuciłem swój słynny skórzany płaszcz i ruszyłem windą na dół.
Chwilę później ruszałem spod bloku. Włączyłem syrenę policyjną zamontowaną z tyłu pojazdu.
Na ulicy byli ludzie. Coś się działo. Dwie ulice dalej na środku jezdni leżał płonący wrak pojazdu, który ledwie ominąłem. Ludzie kłębili się na ulicach. Panikowali. Widziałem bójki. Pod oknami leżały roztrzaskane meble.
Wszędzie roztrzaskane samochody. Wszędzie panikujący ludzie. To nie były Katowice jakie znałem. Miałem wrażenie, że oto nadeszła apokalipsa. Naprawdę nie sądziłem, że na ludzi brak Sieci może aż tak wpłynąć.
Dojechanie pod wskazany adres zajęło mi piętnaście minut. Zatrzymałem się, otworzyłem kapsułę i wyskoczyłem z auta. Pod niewielkim domem stała grupka ludzi.
-        Sierżant Gwiazdorowicz – powiedziałem, zbliżając się do nich z odznaką w ręce. – Co się…?
-        Dobrze, że pan przyjechał! – powitała mnie spanikowana staruszka. – Tam, w środku, Kacprowicz wymachuje bronią i grozi, że zabije swoją rodzinę! Niech pan coś z tym zrobi!
-        Jasne – odparłem, po czym ruszyłem w stronę domu.
Podszedłem do okna i schyliłem się. Musiałem zobaczyć jak wygląda sytuacja.
Pijany czterdziestokilkulatek, z przestarzałą Berettą w jednej dłoni i butelką wódki w drugiej, wrzeszczał na kulące się w kącie dzieci i żonę, próbującą je uspokoić.
-        Bóg pozwolił na to, by zepsuto świat! By całkiem go zniszczono smutkiem i wypalono strachem! Ale można mu, kurwa, odpłacić! – przerwał, by pociągnąć łyk wódki. – Można mu odpłacić niszcząc jego dzieła – ludzi! Wtedy może poczuje chociaż namiastkę mojego cierpienia!
Wstałem i podszedłem do drzwi. Wyjąłem pistolet i przestawiłem go w tryb paralizatora.
-        Panie Kacprowicz! – krzyknąłem.
-        Czego kurwa ode mnie chcecie! Dlaczego mi to robicie! – usłyszałem w odpowiedzi.
-        Mówi sierżant Jakub Gwiazdorowicz, proszę odłożyć broń i wyjść z podniesionymi rękami!
-        Psy na mnie nasłali, skurwysyny! – usłyszałem w odpowiedzi. Strzał. Padłem na ziemię, podobnie jak ludzie zebrani pod domem. Zobaczyłem dziurę w drzwiach. Na szczęście to było we mnie, nikogo nie zabił.
-        To nigdy nie działa… – powiedziałem, wstając.
Odszedłem dwa kroki w tył, po czym w dwóch susach byłem z powrotem przy drzwiach. W kopnięcie włożyłem całą siłę mięśni, która w połączeniu z rozpędem dała oczekiwany efekt. Drzwi otwarły się, a ja wpadłem do środka.
Mężczyzna chciał przenieść na mnie celownik. Nie zdążył. Wystrzeliłem pierwszy. Zakończony metalowym rzepem akumulator o wysokim natężeniu prądu trafił pijanego między piersi.
Mężczyzna nazwiskiem Kacprowicz padł bezwładnie na plecy, wypuszczając broń i rozbijając butelkę.
-        Zrobił wam krzywdę? – spytałem jego żony, pomagając jej wstać. Pokręciła przecząco głową.
Zakułem nieprzytomnego w kajdany i zawlokłem do samochodu. Wrzuciłem do na tylne siedzenie i włączyłem opcje przewożenia więźnia. Wysunięte haki zakleszczyły jego ręce i nogi.
Zamknąłem kapsułę.
-        Proszę zaczekać! – Usłyszałem krzyk.
Znowu ją otworzyłem i odwróciłem się. Biegła w moją stronę młoda dziewczyna. Widziałem, że pod płaszczem i tenisówkami ma na sobie pidżamę. Nie miała chyba nawet osiemnastu lat.
-        Tak? – spytałem.
-        To pan jest tym policjantem? – spytała, odgarniając loki z twarzy.
-        Tak jest, sierżant Jakub Gwiazdorowicz, w czym mogę pomóc?
-        Na ulicy obok moja koleżanka chce skoczyć z bloku!
Otwarłem usta. Zakląłem.
-        M… Muszę skontaktować się z przełożonym… – stwierdziłem, ponosząc bransoletę.
-        Nie ma czasu! – krzyczała dziewczyna.
Czekałem. Dębczyński nie odbierał.
-        Jebać to – stwierdziłem, kładąc dłoń z powrotem na kierownicy. – Wskakuj, jedziemy tam.
Dziewczyna posłusznie weszła do auta. Ruszyłem. Wiedziałem, że teraz nie ma policjantów gotowych, żeby pomóc w takiej sytuacji. Nie ma też czasu.
Skręciłem w lewo. Zobaczyłem ją na dachu wieżowca, pod którym zdążył zebrać się niewielki tłum. Wjechałem na chodnik i wyszedłem z auta. Kazałem dziewczynie zrobić to samo, po czym zamknąłem pojazd z nieprzytomnym pijakiem w środku. Spojrzałem w górę. Budynek miał około dziesięciu pięter.
-        Pomoże jej pan? – spytała dziewczyna.
-        Postaram się – przyznałem. – Jak się nazywa twoja koleżanka?
-        Asia.
-        Dobrze. Czekaj tu.
Ruszyłem w stronę tłumu. Kazałem im się rozstąpić, pokazując odznakę. Wszedłem do środka. Wpuszczono mnie do staroświeckiej windy, uprzedzając, że Asia zagroziła, iż rzuci się, jeśli ktokolwiek wejdzie na dach.
Wcisnąłem dziesiątkę. Drzwi zamknęły się.
Gwiazdorowicz, co ty kurwa robisz? – spytałem swoje odbicie w lustrze. – Od kiedy masz uprawnienia by zajmować się takimi akcjami?
Spojrzałem w swoje podkrążone oczy, które wraz z zarostem postarzały moją trzydziestoletnią twarz. Oprócz funkcjonariusza jestem też człowiekiem. Chcę pomóc zniszczonym przez Sieć. A ta dziewczyna wymaga pomocy kogoś, kto trzeźwo myśli.
Drzwi windy otwarły się, wypuszczając mnie na najwyższym piętrze. Schodami wszedłem jeszcze wyżej, przedarłem się między grupką spanikowanych ludzi i po drabince wspiąłem się do otwartego włazu prowadzącego na dach.
-        Nie podchodź! Skaczę! – powitała mnie Asia. Wiatr rozwiewał jej blond włosy. Miała na sobie tylko szlafrok i pidżamę. Stała boso na krawędzi budynku.
-        Poczekaj – poprosiłem. – Nie rób tego, Asiu.
-        Kim jesteś!? – spytała.
-        Nazywam się Kuba i… I jestem człowiekiem, któremu bardzo zależy na każdym ludzkim istnieniu – powiedziałem, wstając. Wiatr był tu bardzo odczuwalny, orzeźwiający.
-        Nie podchodź! – wrzasnęła. Poznałem, że naturalnie ma bardzo miękki, łagodny głos, który teraz musi bardzo nadwyrężać. Ile mogła mieć lat? Szesnaście? Osiemnaście?
-        Dlaczego chcesz to zrobić? – spytałem.
-        I tak nie zrozumiesz tego co czuję! – zobaczyłem łzy spływające po jej policzkach.
-        Więc mi to opisz.
Dziewczyna spojrzała na mnie z wyrzutem.
-        Ja cierpię, Kuba. Bardzo cierpię. Gdy wyłączyli Sieć zrozumiałam, że nie mogę już odczuwać prawdziwego szczęścia…
-        Ty nie znasz prawdziwego szczęścia, dziewczyno! – powiedziałem. – Nie miałaś okazji go poznać! To, co daje Sieć, jest sztuczne. To jest jak lampka nocna, w porównaniu z radosnymi promieniami słońca, które budzą cię każdego dnia! Wszystko da się naprawić, jesteś jeszcze młoda. Możesz mieć wspaniałe życie! – dziwiłem się własnym słowom.
-        Wspaniałe życie? – Asia patrzyła na mnie nieobecnym wzrokiem, po czym odwróciła się. – W tym parszywym świecie? – Uniosła dłoń. – Nie, to niemożliwe.
Wiedziałem, że teraz chce to zrobić. Że słowami do niej nie dotrę. Rzuciłem się do przodu, patrząc, jak ona robi krok w stronę pustki. Skoczyłem, wybijając się jak tylko umiałem najmocniej. Wyciągnąłem rękę. Chciałem ją chwycić.
Moje palce minęły ją może o centymetr. Upadłem na kolana, parząc wystraszonym wzrokiem na miejsce w którym stała.
Usłyszałem uderzenie. Ludzie zaczęli krzyczeć.
Serce podeszło mi do gardła. Nie mogłem się ruszyć. Spojrzałem na szare, pozbawione gwiazd niebo. Dla świata chyba nie ma już ratunku.

·          

-        Idź do domu, w tym stanie i tak nic nie zdziałasz – słowa Dębczyńskiego wciąż dudniły mi w głowie w momencie, gdy wchodziłem do mieszkania. Oczywiście, że się buntowałem, ale miał rację. Ręce mi drżały. Przeze mnie zginął człowiek.
Zdjąłem ubranie i wszedłem pod prysznic. Odkręciłem gorącą wodę. Pozwoliłem jej spływać po moim ciele. W głowie wciąż miałem głos Asi. Rozważałem, co mogłem zrobić inaczej, jak mogłem ją powstrzymać…
Może jednak ta Sieć to dobra rzecz. Przynajmniej gdy była, ludzie nie umierali. Żyli syntetycznym życiem, ale nie umierali od niej.
,,Proszę zdecydować się, po której stronie pan stoi.” – Usłyszałem w głowie głos Troszczyka.
Sieć… Sieć sama z siebie jest dobrym pomysłem. Po prostu ludzie nie umieli jej wykorzystać. Ech, ludzie mają to do siebie, że nawet gdyby wynaleziono panaceum, i  tak wymyśliliby jak zrobić z niego broń masowej zagłady.
Owinąłem się ręcznikiem i poszedłem do kuchni. Czułem się gorzej, niż po stracie Klaudii. W lodówce znalazłem zaczętą flaszkę wódki. Może to pomoże mi zasnąć.
Pomogło.

·          

Obudziłem się w piekle, jak każdego ranka.
Było południe. Ogarnąłem trochę organizm wlewając w siebie hektolitry wody i łykając aspirynę, po czym ubrałem się i ruszyłem do samochodu.
To prawda, nie powinienem prowadzić w tym stanie, ale od wczoraj Katowice są stolicą robienia rzeczy, których nie powinno się robić.
Przejeżdżałem piekielnymi drogami, mijając martwych ludzi, wraki samochodów, zamieszki, bójki, radiowozy i pożary. Mieszkam tu od urodzenia ale nie poznałem swojego miasta.
W końcu zaparkowałem pod komisariatem. Wszedłem do środka, by spotkać upojonych kawą, zabieganych ludzi w przepoconych koszulach. Od razu skierowałem się w stronę gabinetu komisarza. Była w nim dwójka funkcjonariuszy.
-        Gwiazdorowicz, dobrze cię widzieć! – powitał mnie komisarz, dopijając kawę gorzką jak jego charakter. – Jak się czujesz?
-        Jak gówno – przyznałem.
-        Jak my wszyscy – skwitował, odsyłając gestem pozostałych policjantów.
-        Co z Nowakiem?
-        W szpitalu – Dębczyński odpalił papierosa. – Postrzelili go w nocy. Przywykłeś chyba, by pracować samemu. A mam coś dla ciebie. Dostaliśmy to jakieś dwie godziny temu – powiedział, wyświetlając hologram.
Przed moimi zmęczonymi oczami wyrosła postać ubrana w czarny płaszcz z kapturem zasłaniającym twarz.
-        Drodzy mieszkańcy Katowic – zaczęła zniekształconym głosem – jesteście pierwszymi, ale nie ostatnimi, którzy zaznali zbawienia, jakie niesiemy. Jesteśmy w stanie włamać się do Sieci w każdym mieście i zmusić was do wyłączenia jej. I zrobimy to, więc lepiej się przygotujcie. Ciekawi was pewnie motyw? Otóż ratujemy świat! Ukazujemy wam, jak naprawdę wygląda życie, bez sztucznego szczęścia. Teraz musicie zmagać się z prawdziwymi problemami. Zastanówcie się – czy można przed nimi wiecznie uciekać? Duża część ludzi nie wiedziała, że nie potrzebowała Sieci by być szczęśliwymi. Tak więc możecie sobie Sieć naprawić, my i tak zrobimy swoje i ta sytuacja będzie się powtarzać do skutku. I jeszcze jedno. Nie szukacie nas. Jesteśmy blisko, ale nikt nas nie znajdzie, postaraliśmy się o to. Na koniec dam wam radę. Nauczcie się cieszyć szczerze! Prawdziwie!
I na tym przekaz się zakończył.
-        A więc fanatycy – podsumował Dębczyński, skiepując papierosa. – Co sądzisz?
-        Ja… – powiedziałem, wciąż nie mogąc uwierzyć w to, co przed chwilą zobaczyłem. – Ja muszę wyjść.
-        Co jest? – zdziwił się komisarz, ale ja nie zamierzałem mu nic tłumaczyć. Po prostu wstałem i wyszedłem. Chwilę później ruszałem już spod komisariatu.

·          

Opuszczona fabryka na obrzeżach Katowic wyglądała dokładnie tak, jak zapamiętałem ją sprzed kilkunastu lat. Parkując pod nią czułem się, jakbym cofnął się w czasie. Tyle moich najpiękniejszych wspomnień związanych było z tym miejscem…
Wyszedłem z auta. Miałem nadzieję, że dziura, która w młodości zrobiłem w płocie z metalowej siatki jest jeszcze na swoim miejscu. Nie rozczarowałem się. Wszedłem w wysoką trawę i przeszedłszy kilka kroków natrafiłem na pożądane miejsce. Z trudem przecisnąłem się przez otwór, po czym ruszyłem do budynku.
Wejście pozbawione było jakichkolwiek drzwi. Wszedłem do ciemnego, cichego pomieszczenia. Brud pokrywający okna sprawiał, że jedyne światło dostawało się tu przez dziury wybite w szybach. Wyciągnąłem pistolet.
Nazywałem ten budynek fabryką, bo tak przywykliśmy go nazywać w młodości. ,,Opuszczona fabryka”, to brzmi dumnie. Jednak prawdopodobnie nigdy nie był on fabryką. Teraz zdało mi się, że w sumie budowla ta nigdy nie była ukończona i od zawsze stanowi tylko szkielet budynku, miejsce noclegu dla meneli i kryjówkę dla ćpunów.
Oraz miejsce, w którym młodzi ludzie mogą zjednoczyć się dzięki mrocznemu klimatowi.
Ruszyłem po schodach na kolejne piętro, mierząc przed siebie. Po ziemi ciągnęły się grube kable, których z pewnością nie było, gdy bywałem tu w młodości. Podążyłem ich śladem.
Pod przeciwległą ścianą stał ogromny monitor oraz jakaś skomplikowana aparatura, przy której kręciło się czworo ludzi. Zdecydowanie nie byli to menele ani ćpuny. Uniosłem broń.
-        Ręce do góry, odsuńcie się od  urządzeń! – wrzasnąłem.
Nie zareagowali. Nagle coś mnie uderzyło. Do głowy zaczęły spływać mi wspomnienia. Wspomnienie rozstania z Klaudią. Wspomnienie tego, jak pozwoliłem Asi umrzeć. Wspomnienie Sieci, która zniszczyła świat. Do oczu napłynęła mi świadomość mej hipokryzji, autoironia mego istnienia.
Nie potrafię opisać słowami smutku, jaki mnie ogarnął. Widziałem przed oczami swoje życie. Wszystkie jego momenty, które nie powinny się wydarzyć. Wszystko co kompromitujące, zagrzebane w odmętach świadomości, wyszło na wierzch.
Upadłem na kolana. Łzy spłynęły mi po policzkach. Spojrzałem na trzymany w dłoni pistolet. Zaszlochałem spazmatycznie i włożyłem lufę do ust.
A wtedy wszystko minęło.
Jedna z postaci, w czarnym, długim płaszczu była tuż przy mnie. Pomogła mi wstać i korzystając z mojego otępienia pozbawiła mnie pistoletu.
-        Witaj w moich skromnych progach, Kuba. – Uśmiechnęła się.
-        Cześć Klaudia – powiedziałem trzeźwo. – Mam nadzieję, że mi to wyjaśnisz.
-        Wyjaśnię – obiecała – a wy opuśćcie broń. – zwróciła się do trzech mężczyzn celujących do mnie z karabinów.
W milczeniu podeszliśmy do wybitego okna, z którego rozciągał się widok na pobliski lasek i tętniące życiem miasto w oddali. Lata temu zawsze tu siadaliśmy.
-        Bałam się, że nie zrozumiesz zaproszenia – przyznała, oddając mi pistolet.
-        Trudno bym go nie zrozumiał. Mówiłaś moimi słowami. ,, Teraz musicie zmagać się z prawdziwymi problemami. Zastanówcie się – czy można przed nimi wiecznie uciekać?’’ albo ,,Nauczcie się cieszyć szczerze, prawdziwie.’’ Miło, że to zapamiętałaś. – Schowałem broń do kabury przy pasku. – No i na koniec to, że jesteście blisko, ale nikt was nie znajdzie, bo postaraliście się o to. Dokładnie to samo powiedziałem, kiedy odkryłem to miejsce jak byliśmy w gimnazjum. Genialne posunięcie, tylko – odwróciłem się, by spojrzeć jej w oczy. Wciąż nie dochodziło do mnie, że to dzieje się naprawdę – co miało na celu zwabienie mnie tutaj?
-        Dowiesz się – odparła. Była zabójczo piękna. Jej rude, opadające na ramiona włosy, w które kiedyś co noc mogłem wplatać w dłonie. Jej wspaniała, naturalna, dziewczęca uroda. – Jak ci się podobał sposób, w jaki cię pokonaliśmy?
-        Finezyjny. Domyślam się, że to właśnie jest brakujący element układanki – mówiłem, łącząc fakty. – Wykradliście wiązkę pozytywnych emocji i odwróciliście jej działanie. Zrobiliście z tego skoncentrowaną depresję tylko… Jak pozbyliście się hełmu? I jak wykradliście tą wiązkę?
-        Te pytania powinieneś postawić facetowi w zielonej kurtce – skinęła na jednego z pomocników.
Odwróciłem się w jego stronę i aż otwarłem usta.
-        Pan Troszczyk!?
-        Witam, panie sierżancie – Podszedł, by uścisnąć mi dłoń. – Widzę, że posłuchał pan mojej sugestii. Świadczy ot tym sama pana obecność tutaj.
-        To prawda, dziękuję. – Ukłoniłem się, a zarządca Katowickiej Bazy Sieci Emocji wrócił do aparatury.
Spojrzałem na Klaudię. Odwzajemniła spojrzenie. Wydarzenia sprzed ostatnich dni zalewały mój umysł, walcząc o pierwszeństwo ze wspomnieniami. Czułem się upojony rzeczywistością.
-        Od ponad roku zajmuję się wyłącznie tym – powiedziała Klaudia. – Widzisz, niedługo po rozstaniu z tobą zrozumiałam, że miałeś rację. Udało mi się odciąć od Sieci i zacząć żyć naprawdę. Wtedy poznałam Troszczyka. Potem doszedł Adi i Dominik – mówiła, skinając na pozostałych mężczyzn. – Założyliśmy grupę i zaczęliśmy przygotowania, by w końcu wprowadzić nasz plan w życie. A efektem jest wszystko, co widzisz – Wskazała dłonią na odległe centrum Katowic. – My nie zabijamy ludzi, Kuba. My tylko wyłączyliśmy Sieć. Ci ludzie sami odebrali sobie życie.
-        Mnie nie musisz tego tłumaczyć – powiedziałem.
-        Też prawda. Słuchaj… Chciałabym spytać cię o dwie rzeczy. Bo widzisz… Wiem, że na to nie zasługuję i ta prośba będzie wręcz żałosna, ale czy…
Położyłem jej palec na ustach.
-        Nie było dnia, bym o tobie nie myślał. Oczywiście, że chcę spróbować jeszcze raz – powiedziałem, po czym pocałowałem ją w usta.
Jej smak przypomniał mi mnie, tego zapomnianego, szczęśliwego mnie sprzed lat. Tego, który jest sobą tylko u boku Klaudii. To było prawdziwe szczęście.
-        Kuba…
-        Klaudia...
Milczeliśmy, patrząc na panoramę dnia.. Dnia, który miał wszystko zmienić.
W końcu Klaudia musiała powiedzieć to, co nieuniknione.
-        Kuba, chcemy, byś do nas dołączył… – powiedziała cicho.
-        To miałoby dla was sens – przyznałem – wtyczka w zarządzie Bazy Sieci, wtyczka w policji… Kurczę, chciałbym, ale wiesz, że nie mogę.
-        Dlaczego, Kuba? – położyła mi dłoń na policzku i spojrzała głęboko w oczy.
-        To nie ma szans wypalić – powiedziałem szczerze. – Nie na skalę światową. Przecież widzisz…
-        Ej! Naprawianie świata trzeba zacząć od leczenia jednostek, tak? My naraz ogarnęliśmy całe miasto! To co robimy jest straszne, niewykluczone, że przejdziemy do historii jako ci źli. Poniekąd to przez nas giną ludzie. Znaczy, tak to można postrzegać. Jednak oboje wiemy jak to działa. Zepsuliśmy Sieć. Potem ją wyłączyliśmy. Niedługą ją naprawią, ale ludzie będą bali się z niej korzystać, wspominając to, co się stało. Jaką mają gwarancję, że ktoś znowu się nie włamie?
-        Wiem, wiem… Ale to wszystko… - Głowa zaczęła mnie boleć od natłoku myśli.
-        Ciągle powtarzasz, jak jest źle, a nie skorzystasz z okazji by to naprawić? – spytała.
-        Klaudia! – wrzasnął Troszczyk.
Huk wystrzału. Jeden z mężczyzn, przedstawiony jako Dominik, pada na ziemię. Troszczyk kryje się za przyrządami i odbezpiecza karabin. Drugi mężczyzna, Adi, kryje się za ścianą. Klaudia doskakuje do kolumny i przylega do niej plecami, wyciągając zza pasa pistolet. Ja zbliżam się do okna i celuję w napastników.
-        Gwiazdorowicz! – wrzasnął Dębczyński, trzymając karabin. Za jego plecami czaiła się grupa uzbrojonych mundurowych.
-        Tak? – odpowiedziałem, starając się ukryć zdziwienie. Na całe szczęście na swojej pozycji byłem bezpieczny.
-        Wiedziałem, że prędzej czy później mnie tu doprowadzisz!
Huk wystrzału. Tuż obok mnie kruszy się cegła. Dębczyński strzela do mnie z największą satysfakcją. Potem chowa się za słupem, który jest na tyle gruby, by ukryć go całego. Mundurowi też mają już swoje kryjówki. Każdy czeka na ruch przeciwnika.
Widziałem, że Troszczyk majstruje coś przy urządzeniach. Uśmiechnął się do mnie i pokazał kciuk w górę. Wtedy jeden z policjantów wystąpił z kryjówki i zaczął krzyczeć, łapiąc się za głowę. Wychyliłem się i strzeliłem do niego. Kula trafiła prosto w szyję i posłała go na ziemię.
Kolejny zaczął krzyczeć. Dębczyński zrozumiał. Wychylił się i wypalił w kryjówkę Troszczyka, niszcząc sprzęt. Dręczony mundurowy odetchnął z ulgą, a Troszczyk uchylił się przed iskrami.
-        Słaby ten wasz sprzęcik! – ryknął komisarz.
Wtedy z kryjówki wychylił się Adi. Posłał serię w policjantów. Jeden z nich padł, trafiony w głowę. Wtedy kolejny mundurowy na ślepo ostrzelał szczątki urządzeń i kryjówkę stojących po mojej stronie ludzi.
Wychyliłem się i wypaliłem w jego stronę. Usłyszałem krzyk, ale nie widziałem reakcji, bo wróciłem do swej kryjówki. Ułamek sekundy później pocisk karabinu Dębczyńskiego wyrąbał dziurę w ścianie, przy której wtedy stałem. Widać komisarz wziął sobie za cel mnie upolować.
-        Skąd przekonanie, że ktokolwiek zrobił tu coś złego?! – krzyknąłem do niego. – Może wpadłeś i zastrzeliłeś niewinnego człowieka?
-        Posłuchaliśmy sobie, co mówi twoja dziewczyna! – warknął. Padła seria strzałów.
Widziałem, jak Klaudia pokazuje Troszczykowi, by rzucił jej karabin. Skinąłem do niego, że będę ją osłaniał.
Troszczyk pośliznął broń po ziemi. Wychyliłem się i wypaliłem w słup, za którym krył się Dębczyński. Potem w wychylającego się mundurowego, którego trafiłem w czoło.
Zobaczyłem, jak Klaudia chwyta karabin, po czym obraca się i wybiega z kryjówki, ruszając zza jednej kolumny w stronę kolejnej. To było kilka metrów. Widziałem jak unosi lufę. Kurwa, takie rzeczy są dobre na filmach. Tak się nie robi.
Przydusiła spust. Na gliniarzy spadł deszcz pocisków. Strzelając pod odpowiednimi kątami, trafiała. Też strzelałem, pozbawiając ich możliwości wychylenia się, wspomagając jeszcze serie Troszczyka.
Zobaczyłem tylko jak łapie się za szyję i upada. Krzyknąłem. Instynktownie rzuciłem się w jej stronę, ale ostatki trzeźwych myśli powstrzymały mnie przed skokiem w miejsce, gdzie powietrze było gęste od pocisków.  
-        Klaudia! – patrzyłem, widząc jak krew sączy się jej z między palców. Spojrzałem gniewnie na policjantów. Zostało ich trzech albo czterech. Od pewnego czasu widziałem, że Adiemu skończyły się naboje. Moje też były na wyczerpaniu.
Troszczyk położył jednego, który za bardzo się wychylił.
Kolejny poszedł w ślady swojego poprzednika, i serią ostrzelał aparaturę, myśląc, że nie trafię go z tej odległości.
Mylił się. Kula trafiła go w oko i wyrąbała dziurę z tyłu głowy.
I wtedy usłyszałem najgorszy dźwięk, jaki można słyszeć w tej sytuacji. Cyknięcie pustego magazynku. Strach zalał mój umysł. Docisnąłem się plecami do ściany. Teraz tylko słyszałem co się dzieje. Widziałem jedynie kryjówkę Troszczyka i leżącą Klaudię. Troszczyk wychylał się co chwila, by poczęstować przeciwnika coraz to krótszymi seriami.
Usłyszałem urwany krzyk. To chyba znaczy, że Dębczyński został sam. Cóż, on przynajmniej miał naboje.
Cyknęło. Spojrzałem na Troszczyka, który schował się za szczątkami aparatury, klnąc donośnie. Nagle wszystko ucichło. Pozostało tylko to dzwonienie w uszach. Przełknąłem ślinę.
Usłyszałem powolne, odbijające się echem kroki.
-        Cóż, Gwiazdorowicz – Słyszałem, jak Dębczyński przeładowuje broń. – Widać tu kończy się twoja wspaniała historia. Nie, nie aresztuję cię. Od dłuższego czasu czekałem na moment, w którym posuniesz się za daleko. Dlatego kazałem wtedy jechać za tobą. I nie pomyliłem się.
Zobaczyłem go, wyłaniającego się zza murku. Mierzył mi w głowę. Spojrzałem za niego i poczułem nagły przypływ nadziei. Udało mi się utrzymać pokerową minę.
-        Chujowe miejsce na śmierć bohatera, którego usiłujesz zgrywać, prawda? – Wyszczerzył się.
-        Za to dobre na śmierć obleśnego czarnego charakteru, którym definitywnie jesteś – odparłem.
-        Zgadzam się z tobą, Kuba – powiedział Kamil Nowak.
Dębczyński odwrócił się, unosząc lufę. Zdążył zobaczyć Kamila, który stał dwa metry przed nim i mierzył do niego z karabinu Klaudii. Spustu nacisnąć już nie zdążył.
Huk wystrzału wypełnił moją głowę. Ciało komisarza zwaliło się na ziemię. Kamil miał przesiąknięty krwią opatrunek na lewej ręce. Patrzył na mnie pytająco. Troszczyk i jego wspólnik wyszli z ukrycia.
-        Dziękuję… –  wyszeptałem, klepiąc go w ramię.
Podbiegłem do Klaudii i uklęknąłem przy niej. Straciła sporo krwi. Szeptała moje imię. Adi zdjął koszulkę i podał mi ją, bym zatamował krwawienie. Wiedziałem, że Klaudia ma szanse z tego wyjść. Patrzyłem na nią, spojrzeniem błagając, by walczyła o życie.
Spojrzałem na Kamila. Wtedy już wiedziałem. Podświadomie podjąłem decyzję. Niezależnie od tego, czy Klaudia przeżyję, zamierzam wraz z nim wstąpić w szeregi ruchu oporu. Zamierzam kontynuować to, co zaczęła. Zamierzam przypomnieć człowieczeństwu utracone wartości.
Zamierzam wyleczyć świat z Sieci Emocji.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz