sobota, 29 października 2016

John Flanagan ,,Zwiadowcy" cz.1




 Znaleziona w odmętach dysku twardego recenzja, jedna z pierwszych jakie kiedykolwiek napisałem. Zapamiętałem ją jako niesamowicie kunsztowną i długą. Wróciwszy jednak do niej po jakichś... czterech latach, sprawiłem, że złudne wspomnienie prysło. Ale z drugiej strony... Jak na tamtego mnie, spełnia powyższe kryteria. A jak na mój obecny pogląd - cały czas jest bardzo trafna.
____________________________________________________________________________
Fabuła książki ,,Zwiadowcy: Ruiny Gorlandu’’ Johna Flanagana opiera się na prostym, znanym zarysie. Jest to historia piętnastolatka, który w Dniu Wyboru (czytaj: W dniu, w którym wszystkich młodzieńców przyporządkowywano nauczycielom danego fachu) chce trafić do szkoły rycerskiej. Wie jednak, że nie ma najmniejszych szans, bo brak mu predyspozycji. Jest za to sprytny i zwinny. Dostrzega to zwiadowca – Halt. I tak Will (tak bowiem nazywa się nasz bohater) trafia pod opiekę zwiadowcy i szkoli się w skradaniu, strzelaniu z łuku, wspinaniu itp.

Przyznać muszę, że pierwsze kilkanaście stron było nieco odrzucające. Już w pierwszym zdaniu Autor, mym zdaniem, nie popisał się kunsztem. Oprócz widocznej inspiracji Tolkienowskim stylem nie widzę żadnego innego wytłumaczenia na rozpoczęcie kilkutomowej sagi zalaniem czytelnika nazwami własnymi i rozbudowanym zdaniem,

Morgarath, władca Gór Deszczu i Nocy, niegdysiejszy baron Gorlandu w królestwie Araluen, wodził wzrokiem dookoła, spoglądając na ponury krajobraz swego jałowego i spłukanego deszczem królestwa i przeklinał pod nosem; przeklinał nie pierwszy i nawet nie tysięczny już raz.

Może Was takie zdanie nie odrzucić, to tylko moje wrażenia. Jednak, przymknąwszy na to oko, czytałem dalej. A dalej było już tylko lepiej. Co prawda do czasu rozpoczęcia nauk Willa myślałem, że nie dotrwam do końca. Jednak, gdy nauki się rozpoczęły, zaczęło robić się ciekawie.

Fachowe opisy owych nauk świadczą o tym, że Autor zna się na rzeczy. Opisy walk, strzelania z łuku, sztuki skradania się i krycia w cieniu, a także wspinaczki, są długie. Nie porywają, lecz są realistyczne. Można się z nich nawet czegoś nauczyć.

 Może nie powinienem porównywać, ale jednak to zrobię. Porównam do opisów walki w ,,Wiedźminie’’ Sapkowskiego. Tamte opisy są może bardziej dynamicznie i wciągające, lecz, gdyby naprawdę spróbować walczyć w ten sposób, można by jedynie zebrać niezły łomot. Do tego (mowa wciąż o Wiedźminie) nieźle się to czyta, ale niekiedy nie można zrozumieć, o co w ogóle chodzi. Różnorakie dextery, finty i sinstry to techniki nieznane przeciętnemu czytelnikowi. Zaś John Flanagan zapewnia nam opis szczegółowy, a do tego prawdziwy. Pouczający wręcz. Nie mówię oczywiście, że po przeczytaniu można spokojnie złożyć podanie do zakonu Asasynów, ale jednak prawdziwość tych opisów to duża zaleta.

Kolejną zaletą jest dobra gra na emocjach czytelnika. Równolegle do historii Willa Autor ukazuje nam jak radzi sobie jego kolega z sierocińca, który to dostał się do szkoły rycerskiej. Flanagan zręcznie sprawia, że utożsamiamy się z nim, a później kilku osiłków sprawia mu niezły łomot, dyskryminuje, wyzywa i niszczy życie. Potem jednak nasz niedoszły rycerz odpowiada pięknym za nadobne, ale lepiej się na ten temat nie rozpisywać. Nie chcę dawać spoilerów.

Do wad dopisać mogę jeszcze niezbyt wyszukany styl. Po raz kolejny kłania się tutaj nieudane naśladownictwo Tolkiena. Raczej nie jest to bowiem wina tłumacza (Stanisław Kroszczyński).

I jeszcze jedno. Bardzo mało tutaj fantastyki! Są może wymyślone krainy, ale nie zamieszkują ich elfy, krasnale, magowie ani inne fantastyczne postaci. Flanagan ograniczył się do zaledwie kilku zmyślonych stworów, z którymi pod koniec musieli się uporać.

Nie dość tego, podtytuł nie jest zbyt trafny. Ruiny Gorlandu to po prostu miejsce akcji ostatniej części książki.

Podsumowując, polecić mogę to ludziom szukającym młodzieżowego fanasy o malowniczym  świecie. Spodobać się to może też czytelnikom naprawdę młodym, którzy swą przygodę z fantastyką dopiero zaczynają.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz